ajcook
All om mig

Sugar.

     Posted on czw ,20/05/2010 by admin

Christie.

Gdzie się podziała Rachel?- pomyślałam. Gdzie się podziały tamte oczy, powodujące że faceci dostawali erekcji? Gdzie jest tamto ciało, uśmiech.
Siedziała całkiem naga w wannie. Po białej skórze przebiegały dreszcze, wstrząsające nią coraz bardziej. Drobne włoski na rękach stanęły dęba, uświadamiając nam tylko to, jakie zimno musiała czuć.
Mouse nieśmiało zbliżyła się do niej, kładąc swoją dłoń na jej ramieniu. Rach ledwo uniosła głowę, trzymając się za szyję, która odmawiała posłuszeństwa. Mysza spuściła głowę, spoglądając do głębokiej wanny. Spuściła głowę, chowając ją w dłoniach. Ruchem dłoni przywołała mnie do siebie.
Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Nigdy. Całe wnętrze wanny było we krwi. Krwi Rachel.
- O co tu chodzi? Ty chyba nie…- zaczęłam. Czarnowłosa wychwytywała z trudem słowa.
- Nie. Nie jestem w ciąży. Ja…
- Ty byłaś w ciąży?- wypaliła Mouse. Naga dziewczyna, drżącą ręką otarła czoło. Wyglądała, jakby miała zwymiotować, albo rozpłakać się. Nie wierzyłam. Cicho modliłam się, żeby zaprzeczyła.
- Dlaczego mnie męczycie?!- wybuchnęła.- Nie jestem, i nie byłam! Zabierzcie mnie z tego cholernego mieszkania! Gdziekolwiek- zakończyła, już prawie szeptem.
Wpadłyśmy w panikę. Nie wiedziałyśmy co robić. Teraz wiem, że rozsądniej byłoby wezwać karetkę. My jednak, postanowiłyśmy załatwić to inaczej. Mimo, że była już prawie 4:00 a.m, na mieście nadal utrzymywały się gigantyczne korki. Karetka dojechałaby za pół godziny, może nawet więcej.
Zaczęłam kalkulować wszystko w myślach. Szpital znajdował się cztery przecznice dalej. Gdybyśmy zmieniały się co jakiś czas, i robiłybyśmy to szybko, dobiegłybyśmy w jakieś… 10 minut. Plus główne rondo, 5 minut.

Zarzuciłyśmy na nią jakieś ciuchy, i gruby, puchowy płaszcz. Szyję obwiązałyśmy szalikiem. Ja miałam zaczynać. Powoli uniosłam ją na ręce. Głowa bezwładnie odchyliła się do tyłu.
Ze stukotem szpilek wypadłam na ulicę. Wpadłam na jakiegoś kolesia, który miał tak znajome spojrzenie. Podszedł do Rach, i pogłaskał jej policzek. Powoli przekazałam ją w jego objęcia. Kiwnęłyśmy głową.
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś biegł tak szybko. Po paru sekundach zniknął za skrzyżowaniem ulic.
Gazu Billie, gazu.

Tre’.

Kurwa.
Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa. Jestem idiotą. Kompletnym idiotą. Powinienem teraz podejść do ściany, i zacząć uderzać w nią głową.
Ona mi tego nie wybaczy. Co mam jej powiedzieć? No co? “Przepraszam, ale twój tatuś jest debilem. Wieeeesz?”. Nawet w to by nie uwierzyła. Teraz, to już mogę wsadzić sobie całe nadzieje o zaufaniu.
- Przepraszam Cię, przepraszam, miałem tyle rzeczy na…
- Czy ty w ogóle jeszcze pamiętasz jak wyglądam?- zapytała, przerywając mi. Cholera, czy ona musi wszystkim przerywać w ten sposób? Takimi pytaniami?
No tak. Przecież ona ma to po mnie.
- Głupie pytanie.- odpowiedziałem. Próbowałem jakoś załagodzić sytuację. Chociaż raz być poważnym.
Nigdy się tak nie czułem. Zobaczyłem w jej dużych oczach pierwsze łzy. Próbowała nie płakać, widziałem to. Zacisnęła mocniej pięści, ściskając w dłoni królika. Pierwsza łza spłynęła po jej policzku, a ona natychmiast zakryła to włosami.
- Zapomniałeś mnie odebrać z lotniska. I wiesz co?
Zapadła kompletna cisza. Usłyszałem ciche tykanie własnego zegarka.
- Czasami sobie myślę, że lepiej byłoby nie mieć ojca.
Odbiegła.

Mouse.

Pięć minut później znalazłyśmy się w szpitalu. Mimo późnego wieczoru, na korytarzu było okropnie tłoczno. Duchota i obawa przed tym, co stało się Rachel, powodowała, że na naszych czołach pojawiały się drobne kropelki potu.
Znalazłyśmy Go. Siedział w kącie długiego korytarza. Obok niego znajdowały się dwa wolne krzesła, zajęte przez niego- dla nas.
Nikt ze sobą nie rozmawiał. Byliśmy chyba zbyt zmęczeni dzisiejszym dniem. Christie cały czas miała rozmarzony- acz zmartwiony- wyraz twarzy. BJ wpatrywał się gdzieś w przestrzeń. Chwilę potem wyjął telefon i zadzwonił do żony. Cieszył się, kiedy z nią rozmawiał. Pytał o chłopców; gdzie są, jak się czują. Wkurzyłam się. Przespał się z nią, a teraz gada z Adrienne.
Miałam ochotę wyrwać mu tą komórkę, i wykrzyczeć mu to w twarz. Myślałam jednak o czymś innym. O kimś innym.
Jedna myśl ciągle zaprzątała mi głowę: czy coś z tego wyjdzie? On ma dziewczynę. Kiedy byli razem, widziałam, że naprawdę ją kocha. Widziałam to w błękicie jego oczu. Tym anielskim błękicie. No. To teraz wiem, jaki kolor wybrać na ściany w mieszkaniu. Błękit.
Chwilę potem oprzytomniałam. Znów do moich uszu dobiegł gwar ludzi czekających w poczekalni, płacz małych, wystraszonych dzieci.
Christie zakryła uszy dłońmi. Starała odciąć się od tego płaczu. Od dzieci. Od każdej małej istoty. Tej narodzonej, i nie. Zapomnieć.
Stanął przed nami jakiś lekarz. Na początku żadne z nas Go nie zauważyło, nadal wpatrywaliśmy się w przestrzeń, jakiś punkt w niej zawieszony. Mężczyzna w białym kitlu położył swoją dłoń na moim ramieniu. Podskoczyłam do góry jak oparzona.
- Pani Mouse Shazzer?- zapytał miękkim, przyjemnym głosem lekarza.
- Tak. To ja.
- Nasza pacjentka, Rachel Annes, cały czas wymawiała pańskie imię i nazwisko.
- Och… Co z nią?- spytałam w końcu, mając dość tej głupiej gadaniny.
- Udało nam się zatrzymać krwotok. Póki co, jej stan jest stabilny.- poczułam niesamowitą ulgę. Mężczyzna jednak ciągnął dalej.- Niestety, jest też zła wiadomość. Proszę to przeczytać.
Podał mi duży, biały arkusz kart. Widziałam nazwisko: Rachel Annes, i wszystkie badania, ich nazwy, wyniki. Diagnoza…
Nie.

Mike.

Powoli wszedłem do domu. Światła były pozapalane, co oznaczało, że Brit jest w domu. Ściągnąłem kurtkę, i spuściłem mój nowy nabytek ze smyczy. Malutki jeszcze, czarny dog niemiecki wbiegł do salonu, radośnie witając się szczekaniem ze swoją panią. Wzięła go na ręce, i zaczęła głaskać. Jock zaczął wydawać radosne pomruki pełne przyjemności.
Postanowiłem to wszystko dzisiaj zakończyć. To nie było w porządku. Spotykałem się z kimś od dwóch tygodni, oszukując samego siebie.
Odwróciła się, i pomachała mi z uśmiechem na twarzy. Wiem, ile przeszkód musiała pokonać, aby się ze mną dzisiaj spotkać.
- Brit… musimy pogadać.- zacząłem, starając się przeprowadzić to bez kłótni i awantur.- Ja… my… kurwa.- zatrzymałem się na chwilę, próbując znaleźć odpowiednie słowa.- Nie chcę oszukiwać ani Ciebie, ani samego siebie. Nie mamy dla siebie czasu, zapominam o tobie. Poznałem kogoś, i ja… Jeśli chcesz, wyprowadzę się, wiem, stawiam Cię w takiej sytuacji i…
Usłyszałem jej cichy szloch. Bez słowa wyszła do sypialni. Z hukiem otwarła szafę, wysypując z niej swoje rzeczy.
20 minut później zbierała się do wyjścia.
- Nie Mike. To jest twój dom. Ja mam mieszkanie, poradzę sobie. Mam nadzieję, że nie wyrzucisz tego tak szybko z pamięci. Mam nadzieję

Bliżej…

     Posted on śr ,12/05/2010 by admin

Po małym zastoju, nowa notka.
Kurczaki, ale mi się dobrze pisze no.
Kurwa no.

Głupio wpatrywałam się w bar. Ja nie chcę się z nikim wiązać. Pewnie, seksu by się trochę przydało. Ale ja po prostu nie potrafię zapomnieć. Nie wiem, czy będę potrafiła powiedzieć mu prawdę. Przecież tyle rzeczy się ostatnio wydarzyło. I to przede wszystkim same problemy.
A może wyjdę? Ucieknę? Nie, to nie jest dobre wyjście. Kurcze, dlaczego ta komórka nigdy nie dzwoni, kiedy przydałoby się? Gdyby to była któraś z dziewczyn, to zapytałabym co robić. Ale po co, gdzieżby. Pewnie siedzą sobie gdzieś razem, i piją wino. No dobra, ja też pije wino. ALE CO JA KURWA MAM ROBIĆ?!
Dzwoń komórko jebana. No dzwoń kurwo.
Spojrzałam na niego. Nadal czekał.
- Nie. Nie mam nikogo, ale ja po prostu…- zaczęłam się plątać. Jaki kit mu wcisnąć? Sprawa rozwodowa? Choroba weneryczna? Jaka kurwa znowu choroba?!
- Proooszę…- uśmiechnął się. A tam, pierdolić. Wzięłam jakąś kartkę leżącą na barze, i zapisałam na niej numer. Przecież to, że mu daje numer nic nie oznacza. Chyba. A jeśli coś oznacza?

Długo się zastanawiała. No, ale dzięki mojemu wrodzonemu urokowi osobistemu, dała mi ten numer. Szybko wsadziłem kartkę do kieszeni garnituru, i zacząłem normalnie rozmawiać. Gadaliśmy o muzyce, o pracy…
No, no, ładnie trafiłem. Słucha tylko Diany Krall, i Beatles’ów. No cóż, ja tam wole co innego, ale przynajmniej nie słucha Britney Spears, albo Avril Lavigne.
Cholera, jaką ona ma mocną głowę. Wypiła już prawie butelkę wina, i dalej nic. Cały czas uśmiecha się trochę nieprzytomnie, i śmieje się. To ze mnie, to z siebie.
Cholera. Komórka mi dzwoni.
- Wybacz na chwilę.- odszedłem od baru, w jakieś cichsze miejsce. Tam gdzie siedzieliśmy, cały czas dudniła muzyka.
Stanąłem pod męską ubikacją, i szybko odebrałem telefon.
- Czego?- spytałem starym zwyczajem.
- Tre’, gdzie ty jesteś?- usłyszałem głos Mike’a.
- A zdziwisz się, jeśli powiem że na randce?- położyłem nacisk na ostatnie słowo. A on nic. Tylko się zaśmiał. Kurde, przecież ja też mogę się umawiać z dziewczynami. Czy ja jestem jakiś inny czy co? No dobra. Nie było pytania.
- Dobra, dobra, ale my mieliśmy mieć próbę dzisiaj.- uderzyłem się dłonią w czoło. Na śmierć zapomniałem. No cóż, najwyżej odwiozę ją do domu, i pojadę do Armstrong’a.

Pod jego nieobecność wypiłam resztę wina. Dobra. Nie piję już więcej. Jestem pijana, i to cholernie pijana. Łof, dobrze że po mnie tego nie widać tak bardzo. Tylko ciekawe czy dojdę do drzwi po prostej linii.
Wracał już. Chyba to coś ważnego, bo już się tak nie uśmiechał. Usiadł na wysokim, barowym stołku, i głęboko odetchnął.
- Wiesz… Ja muszę lecieć. Mam próbę z chłopakami.- no to z seksu nici.
Zaczęliśmy się zbierać. Wzięłam swój płaszcz, i pośpiesznie nałożyłam go na siebie. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, w twarz uderzył mi powiew zimnego powietrza. Starym zwyczajem spojrzałam w niebo.
O Boże. Dawno nie było takie piękne. Mieniły się na nim miliony gwiazd, a na samym środku widniał wielki, okrągły księżyc. Gdzieś w górze z hukiem przeleciał samolot, migający kolorowymi światełkami.
Spadająca gwiazda nad San Francisco. Wypowiedz życzenie, wypowiedz je!
Żeby wszystko się ułożyło. I to szybko. Żeby przyszła jakaś wiadomość, chociaż jedna pozytywna wiadomość. Żeby ktoś mnie pokochał.
Żebym miała się z kim kochać.
Spojrzałam na Tre’, idącego obok mnie.
Hmm…

Przyglądała mi się. Odwróciłem głowę, i nasze oczy się spotkały. Jak na komendę odwróciliśmy głowy w inne strony. Ja patrzyłem na jakiś budynek, ona w szary chodnik. Przez chwilę zapanowała niezręczna cisza. Szybko napomniałem coś o San Francisco, i rozmowa wróciła na dawne tory. Gadaliśmy o naszych ulubionych miejscach.
- Widzisz to wzgórze w parku?- wskazała palcem na wielki park, i mały pagórek na nim. Na samej górze znajdowała się mała, rzeźbiona ławka.
- Widzę.
- To jest moje ulubione miejsce. Widać stamtąd całe San Francisco, i więcej. I niebo jest śliczne.- podniosłem jedną brew. Nie wiem czemu, ale przypominała mi taką małą, zagubioną dziewczynkę. Oczy jej błyszczały, twarz była rozpromieniona.
- Jak chcesz, możemy tam iść.- zaproponowałem. Nic nie odpowiedziała, tylko przebiegła przez ulicę, rzuciła się w stronę pagórka. Chwilę potem stała już na nim, wpatrując się w gwiazdy. Ty, rzeczywiście, ładnie tu.
Cholernie ładnie.

Opadłam na ławkę, i oparłam głowę o jej oparcie. Dawno nie było tak pięknie. O! Następna spadająca gwiazda!
Tre’ usiadł obok mnie. Teraz gadaliśmy o gwiazdach. I o tym co chcielibyśmy robić w przyszłości. On oczywiście ma zamiar nadal zajmować się muzykę. A kiedy zapytał co ze mną, nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć. Mam tyle marzeń… Odpowiedziałam więc, że jeszcze się nie zdecydowałam, tyle mam propozycji.
Nie zauważyłam, że znacznie się do mnie przysunął. Nadal wpatrywałam się w gwiazdy, i światła San Francisco.
Obróciłam się, żeby o czymś mu powiedzieć. Nawet nie za bardzo wiem o czym.
Jego usta były tak blisko…
Bliżej…

My generation!

     Posted on pon ,03/05/2010 by admin

Kiedy nasze usta lekko się musnęły, zrozumiałam, że nie mogę tego zrobić. To wszystko dzieje się po prostu za szybko. Nie tędy droga.
Odwróciłam szybko głowę, i wstałam zabierając z zimnej ławki torebkę. Byłam trochę skołowana. Nie wiem, czy przez jego wyraz twarzy, czy przez całą butelkę wina. No i pewnie pomyśli że jestem…
” I chciała by, i boi się. I boi się chciała być”.
Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak mi się przypomniało. Długo wpatrywałam się w jego zamyśloną, jakby wybudzoną z letargu twarz, szukając odpowiednich słów. Nie chciałam Go spławić, ot tak. Chciałam mieć jeszcze jakąś szansę. Malutką, ale mieć.
- Ja… Postaram się to szybko powiedzieć, tak żeby się nie wywrócić przez to wino.- wypaliłam. Pijaczko głupia, ty.
- No słucham.- wsparł głowę na dłoniach, przyglądając mi się z wyraźnym rozbawieniem. No z czego rżysz chamie.
- Jestem pijana. Nie będę nic jutro pamiętać. Nie znam Cię prawie w ogóle. To…- i tak jesteś głupia, i nie zmienię o tobie zdania.- pa.
Odwróciłam się na pięcie, i ruszyłam przed siebie. Odwróciłam jeszcze raz głowę i spojrzałam na Tre’. Śmiał się.

Nie wiem czemu, ale strasznie mnie rozbawiła. Pomyślałem nawet, że jest słodka. Miała taki niezdecydowany wyraz twarzy, zagubiony… Ale cholera, już prawie miałem kogoś na serio. Cholera no.
Patrzyłem jak odchodzi. Zielone obcasy szpilek miarowo stukały o zimny chodnik. Ja nie mogę, jeszcze żadna dziewczyna się tak nie zachowała przy mnie. Zazwyczaj po prostu całowały, a potem do łóżka. A teraz? Coś mi się widzi, że sobie jeszcze poczekam troszki…
Pachniała czekoladą. O kurczaki, Tre’ odwala Ci. Kompletnie Ci odwala. Co z tego że pachniała czekoladą? No co?
Lubię czekoladę. Czekoladki w czerwonych płaszczach. Sztruksowych płaszczach.
Tyłek przymarzał mi już do parkowej ławki, więc powoli wstałem i ruszyłem w stronę samochodu. Tylko tak właściwie to gdzie on stał?
Po 15- to minutowych poszukiwaniach, wsiadłem w końcu do samochodu. Kiedy miałem już zamiar go odpalić, zadzwoniła komórka. Zacząłem grzebać po kieszeniach, a i tak jej nie znalazłem. Leżała na siedzeniu.
Kurwa, ja się nie dziwię, że mówią o tobie idiota.
- Czego?!- krzyknąłem do słuchawki. Nie słyszałem niczego prócz głośnej muzyki i czyjegoś śmiechu. Armstrong.
- Przyjeżdżaj kochanie, jest palenie i dziewczynki…- wykrzyczał do słuchawki.
- Ty masz żonę.
- Serio?!

Weszłam do mieszkania Rachel (kurde, dobrze że jej kluczy nie oddałam), i w przejściu rzuciłam na podłogę płaszcz. Weszłam po prostu do kuchni, nie zważając na jej zdziwioną minę, i wyciągnęłam z lodówki wodę. Niestety, mój stan spowodował, że zamiast do ust, trafiłam sobie butelką w oko. Zawyłam żałośnie, i usiadłam na wysokim, barowym krześle. To stała z trochę zniesmaczoną miną w drzwiach, i jadła marchewkę.
- Co, użalamy się nad sobą dzisiaj razem?- spytała. Tak. Miałam ochotę sobie popłakać, i po użalać się nad swoim niecnym losem.
Usiadła naprzeciw mnie, i spojrzała mi w oczy. Opowiedziałam jej całą historię. O tym jak byliśmy w barze, o ławeczce w parku, o tym “prawie” pocałunku. Ta uczciwie słuchała, chociaż widziałam, że oczy same jej się zamykały. Nie myśląc długo, po prostu wstałam, i skierowałam się do wyjścia. Teraz żałuję że poszłam.
Ulice były puste, a powietrze lodowate. Myślałam, że nic ciekawego już mi się nie przydarzy. Było około pierwszej nad ranem.
Z uciechą weszłam do swojego – bądź-co-bądź – dużego mieszkania. Strasznie raziła mnie ta biała przestrzeń, ale nie mogłam powiedzieć, że go nie lubię. No dobra, było obleśne. Ale miało to cholerne coś.

Wlazłem do domu Mike’a. Pierwsze co we mnie uderzyło to dym. I bynajmniej nie z papierosów. I w dodatku na pewno nie było to grono naszych znajomych…
Mike’a nie było. Albo był w kiblu, albo rzygał gdzieś po kątach. Raczej to drugie. Coś mi się widzi, że nawet ja nie wytrzymam tej imprezy.
Nie. Nie mogłem w to uwierzyć. No dobra, był zalany, ale co mnie to obchodzi. Na kolanach BJ’a siedziała jakaś dziwka. Zwykła kurwa. Ruszyłem w jego stronę.
Spojrzał na mnie dość tępawo, i przewrócił ostentacyjnie oczyma wskazując na dziewczynę. Wziąłem pannę pod rękę, i zrzuciłem z Billie’go. Coś tam krzyczała, ale nie zwracałam na nią uwagi. Przyjaciela chwyciłem za koszulę, i wyprowadziłem z głośnego pokoju.
- Co ty odpierdalasz?!- krzyknąłem mu w twarz.
- Nic. Bawię się.- wkurza mnie.
- Ty masz żonę, człowieku!- puknąłem go w czoło. Spojrzał na mnie, i zjechał po ścianie w dół.
Szkoda gadać.

Upadłam na moją lekko zakurzoną kanapę. Powoli zaczynałam zasypiać, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Za nimi stała zakapturzona postać w zielonej, wojskowej pelerynie. Nie mogłam zrozumieć, co wojskowy robi u mnie w domu. No, przed domem. Przed mieszkaniem. Drzwiami. Czy czymś takim.
- Kim pan jest?- spytałam rozespanym głosem.
- Czołem siostro!- z kaptura wysunęła się blond włosa głowa Shirley’a. Tak. To mój brat. Uścisnął mnie, i w tym uścisku przeniósł mnie do salonu. Wprost zanosiłam się od śmiechu.
Zrzucił z siebie pelerynę. W pierwszej chwili mnie zatkało. Nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Przypomniał mi się Cast, mój drugi brat. Nie mogłam pozwolić Shirley’owi, żeby podzielił jego los.
- Dlaczego?

Tired

     Posted on wt ,27/04/2010 by admin

Wpatrywał się we mnie tępo, jakby nie rozumiał o co mi chodzi. Czyżby już wszystko zapomniał? Ten telefon, nadzieja, ciągłe oczekiwanie… Nie wierzyłam. Ale ja mu nie pozwolę. Nie mogę mu pozwolić.
Miał na sobie mundur żołnierza armii U.S.A. Na prawym ramieniu widziałam naszą flagę. Na jego twarzy malowała się duma.
I z czego się cieszysz…
- Co ty zrobiłeś?- szepnęłam. W oczach zbierały mi się łzy. Nie rozpłacz się idiotko, nie rób tego!
- Robię to dla Cast’a. Dla naszego brata.
- I tak samo chcesz żeby jakaś pieprzona bomba rozerwała Cię na kawałki?! Ja nie mogę nawet złożyć kwiatów na grobie mojego brata! NASZEGO brata.- z kącików oczu pociekły mi łzy. Nie czułam już nic.
Zapadła cisza. W tej ciszy słyszałam moje ciało. Żyło. Ale ja, czułam się, jakby to mnie rozerwała ta bomba. Nie miałam już do tego wszystkiego serca.
- Wynoś się. Nie słyszysz?! Wynoś się!- krzyknęłam mu w twarz. Szybko wypchnęłam Go z mieszkania, trzaskając przy tym drzwiami tak, że rozbolało mnie ramię. Słyszałam, jak mnie przepraszał, i prosił żebym wpuściła Go do środka. Zjechałam po drzwiach w dół, i zaczęłam ryczeć.
Jedynym ratunkiem była whisky.

Obróciłem się, i jeszcze raz spojrzałem na Armstrong’a. Próbował odpalić papierosa, ale nie mógł zapalić zapalniczki. Wkurzony, uderzył nią o ścianę, a ona sama z hukiem roztrzaskała się. Schował twarz w dłoniach, i zaczął płakać. Jak małe dziecko. Wiedziałem jak drgały mu plecy, i trzęsły się dłonie. Nie mogłem Go tak zostawić.
Podbiegłem do niego, i pomogłem mu wstać. Wyglądał żałośnie. Rozmazany makijaż, rozczochrane włosy, i rozwiązany krawat.
- Chodź cioto chodząca. Jedziesz ze mną.- nic nie odpowiedział, tylko głupkowato się uśmiechnął, i powlókł się o własnych siłach (no, prawie własnych) za mną do samochodu.
Chuchał na zimną szybę, rysował jakieś wzorki, i nawet był w stanie coś napisać. Zawsze jak był wkurzony, przygnębiony, albo po prostu mu się nudziło, robił właśnie coś takiego. Nie wiedziałem co mu powiedzieć. Chciałem zapytać, dlaczego odpierdala takie komedie. Ma żonę, dwójkę dzieciaków.
- Co z tobą hę?- spytałem. Podniósł głowę, i uśmiechnął się.
- Nie mam najmniejszego pojęcia kochanie.
I na tym skończyła się nasza rozmowa.
Ta szyba chyba bardzo Go zainteresowała.

Nie wiem jak długo piłam. Albo raczej: jak dużo wypiłam. Chyba dobrą butelkę, bo głowa bolała mnie niemiłosiernie. Nawet kefir nie pomagał. Mogłam się pocieszyć jedynie tym, że jest piątek i wystawy nie ma.
Spojrzałam na zegarek: 2 p.m. No to sobie pospałam. Ubrałam się w ciemne jeansy, zielony podkoszulek, i na to zarzuciłam mój czerwony płaszcz. Na nogach wylądowały ciemne, bordowe szpilki.
Po 15 minutach wróciłam z ciepłą kawą ze Starbuck’a. Dwa budynki dalej, a mój ekspres do kawy mnie nie lubi.
Włożyłam głowę do lodówki, w poszukiwaniu czegoś zdatnego do jedzenia. Musztarda, dwa liście sałaty i Nutella. Zachciało mi się rzygać. Jakoś się powstrzymałam.
Z powrotem ubrałam płaszcz, uczesałam się, i pomalowałam. Idę do Kitty’s. Przynajmniej Mouse się ucieszy. Że żyję.

Jakoś udało mi się dobudzić Billie’go. Nie myśląc długo, pojechaliśmy na miasto, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Kiedy jechaliśmy główną drogą, miałem wrażenie że widzę Christie. Nie, musiało mi się wydawać. Musiało.
BJ nie wyglądał lepiej niż wczoraj. Dalej był jakiś nie przytomny. Miałem wrażenie, że coś ukrywa. Wczoraj nic się nie dowiedziałem, ponieważ od razu zasnął.
- Coś ukrywasz.- zacząłem. Spojrzał na mnie unosząc jedną brew.
- Muszę mówić?
- A kopa chcesz?- zapytałem. Początkowo milczał, tak jakby szukał odpowiednich słów.
- Moja rodzina mnie nienawidzi.- nie wiedziałem co powiedzieć. Czułam się tak, jakby mój głos gdzieś wyparował. Patrzył na mnie, wyczekiwał odpowiedzi.
A ja nie potrafiłem odpowiedzieć.

Siedziałam w Kitty’s, sącząc kolejną margeritę. Obok mnie Rachel. Była załamana. Po raz pierwszy w życiu rzucił ją chłopak. Zawsze to ona wyciągała ostatnią kartę. Ona zawsze mówiła „koniec”. Ja nie wiedziałam co to znaczy. Bo moja historia jako-takiego końca nie miała. I chyba zakończyć się nie ma zamiaru.
Żaliłyśmy się. Mouse, że ten bar jest beznadziejny, i nie chce tu pracować. Rachel, że chłopak ją zostawił. A ja? Ja już nie mam nikogo. No, nie licząc Tre’. Ale kim on dla mnie jest? Kolegą? Przyjacielem? Chłopakiem…?
Tak myślałam o nim, kiedy wszedł do Kitty’s razem z Armstrong’iem. Rachel spojrzała na niego podnosząc jedną brew, i poprawiając bluzkę. „ Nawet o tym nie myśl”.
Szybko się do nas przyłączyli. Ja i Tre’ wymieniliśmy znaczące spojrzenia. A Rachel? Była w siódmym niebie. Cały czas rozmawiała z Billie’m. Cały czas na nią patrzył. Ale nie jak na kogoś znajomego, kogoś, kogo poznałeś przed chwilą.

Billie, opanuj się. Masz żonę. Nie mogłem mu tego powiedzieć, ale miałem nadzieję że sobie przypomni. Widziałem jak dotknął jej dłoni. Spoglądał na dekolt jej bluzki. Oboje tego chcieli.
Coś szepnęła do jego ucha.
Wyszli.

Jestem zboczona, i tak już pozostanie.

Still hungry?

     Posted on pt ,16/04/2010 by admin

To jest tak zboczone, że sama nie mogę tego napisać.
O zgrozo.

***

Rachel (żebyście wiedzieli o co chodzi).

Byliśmy jak dzieci. No, może nie dzieci, bardziej młodzież. Biegliśmy mokrymi chodnikami San Francisco, trzymając się za ręce, i śmiejąc się jak opętani. Potykaliśmy się, i upadaliśmy. Pomagaliśmy sobie.
Byłam pijana. Cholernie pijana. To były tylko trzy szklanki. Trzy szklanki za dużo. Mimo tego, oboje chcieliśmy właśnie TEGO. Dzisiaj się poznaliśmy, gadaliśmy tylko chwilę. Nawet się nie całowaliśmy, nie dotykaliśmy. Nigdy więcej alkoholu. Boże broń.
Tak właściwie, to nie wiedziałam dokąd biegniemy. Biegliśmy przed siebie. Chociaż tego też nie jestem pewna. Co chwila zmienialiśmy kierunki, wbiegając w wąskie uliczki. Parę razy wpadliśmy na siebie, czułam jego zapach. Większość kobiet powiedziałoby “to za mało!”. Ale nie dla mnie.
Jakimś cudem znaleźliśmy się w moim mieszkaniu. Musiałam Go tam zaprowadzić, nie ma innego wyjścia.
Szybko zrzuciłam z siebie skórzany płaszcz, i wpadłam do kuchni, aby usiąść na wysokim blacie mojego stołu. Dlaczego? Nie wiem, taka fantazja.
Stał oparty o framugę drzwi. Z cwaniackim uśmiechem wymownie patrzył na mój biust i tak dalej. Zaczął się przybliżać. Uśmiechałam się.
Stał jakieś trzy kroki ode mnie. I nadal nie zamieniliśmy ani słowa. Wcale, a wcale mi to nie przeszkadzało.
Wyciągnęłam dłoń, i złapałam jego krawat. Przyciągnęłam do siebie, i zaczęłam całować. Jednym ruchem rozwiązałam krawat, i zmięłam w dłoni. Poczułam jego dłonie na swoich udach. Zaczął mnie do siebie przyciągać, powoli i zachłannie. Jego kurtka szybko wylądowała na podłodze.
Zaczynało mi się podobać.

BJ.

Nie, nie wiedziałem po co to robię. Żeby odreagować? Żeby po prostu zrobić komuś na złość? Pokazać, że jest się do wszystkiego zdolnym? Udowodnić, że można być niewiernym? I nie robię tego wbrew sobie. Nigdy.
Jednym ruchem ściągnąłem z niej bluzkę. Dłuższa czarna grzywka opadła jej na oczy. Roześmiała się, i zaczęła rozpinać moją koszulę. Szybko.
Chwilę potem byliśmy już w łóżku. Nasze oddechy stawały się coraz szybsze, coraz krótsze. Piliśmy wino z butelek, wylewając je na białą narzutę. Rachel wypijała je z moich ust. Było cudownie. Do czasu.
Płakała. Leżała na moich plecach, i cały poranek płakała. Czułem, jak po moich ramionach spływają ciemne od maskary łzy. Przepraszała, próbowała się tłumaczyć. Nie potrafiłem jej nic powiedzieć. Wiedziałem że to nie jej wina. Bez słowa obróciłem się, tak że ona wylądowała na moim torsie. Bała się spojrzeć mi w oczy. Pocałowałem ją. Szybki pocałunek. Następny, potem jeszcze jeden…
Nie mogłem przestać.

Christie.

Próbowałam dodzwonić się do Rach. Nie odbierała. Dzwoniłam do Mouse. On też nie miała żadnej wiadomości. Ale ja wszystko wiedziałam.
Nie było innej możliwości. Na pewno nie poszli oglądać gwiazd. Do ZOO też pewnie nie poszli. Ja sobie wyobrażałam, jakie ZOO oni musieli sobie zrobić…
Dostałam wiadomość od Shirley’a. Za tydzień wylatuje do Iraku. Nie, nie miałam najmniejszego zamiaru się z nim pożegnać. Nie podniosłam nawet słuchawki. Słuchałam, jak automatyczna sekretarka prosi o odebranie. Na nic. Skoro tak szybko chce się znaleźć pod ziemią, proszę bardzo. Mnie nic do tego. JA mam zamiar tu pozostać.
Mam problem. Duży problem. Nie chodzi tu o Tre’, nawet o Rachel mi nie łazi. . Nie chodzi o knajpę Mouse, w której jest pełno dealerów sprzedających dzieciakom amfetaminę. Nie chodziło o białe ściany, o upierdliwą sąsiadkę. Nie chodziło o płacz, płacz, który słyszę codziennie. Nie chodzi o pusty barek.
Chodzi tu tylko O MNIE. O przesłość. Przyszłość z resztą też. Potrzebuję pomocy.
Zapomnieć.

Tre’.

Nie odbiera. Ten idiota nie odbiera. Dzwoniła Adie. Powiedziałem jej, że mamy sesję. Nienawidzę okłamywać ludzi. Potrafię, ale nie mogę tego znieść.
Co do wczorajszego wieczoru. Gadaliśmy jeszcze parę minut, ale Christie musiała wracać. Ale coś się w końcu wydarzyło. Nie dużo. COŚ.
Rozstawaliśmy się pod parkiem. Ale, kurde no, nie mogłem jej tak puścić. Jak tak dalej pójdzie to… to… to nie wiem kurwa no.
Złapałem ją za rękę. Szybko obróciła się, i spojrzała na mnie.
- Tre’, daj spokój… Proszę Cię.- zaczęła. Ja nie mogę, muszę sobie jakiś poradnik kupić.
Bez słowa przyciągnąłem ją do siebie. Nie patrzyła mi w oczy, tylko gdzieś w głąb parku. Przechylałem głową, próbując uchwycić jej wzrok. Zaśmiała się.
- Masz, i odpieprz się.- pocałowała mnie w policzek. Potem szybko odwróciła się, i odeszła w swoją stronę.
Kobieta Kot czy co.