“Przeleć Go!”
pon ,28/06/2010Znowu siedziałam w knajpie sama. Ludzie byli nieprzyjemni bardziej niż zwykle, dzieciaki brały więcej taniej amfetaminy i kokainy. Cztery razy pomyliłam zamówienia, ktoś ukradł mi szalik. Myślałam o Mike’u. Szczerze mówiąc, miałam wyrzuty sumienia, że tak Go potraktowałam. Wyglądał na strasznie bezradnego. Naprawdę, nie mam serca. A teraz za karę mam mega kaca. Wzięłam już cztery tabletki przeciwbólowe i nic. Muszę z nim pogadać.
Widziałam Go tutaj parę razy. Zawsze zastanawiało mnie, co taki facet jak on, robi w knajpie o takiej reputacji. Dziwię się, że jeszcze nie zamknęli tego lokalu. Szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko. Nie znoszę tego miejsca. Jest brudne, pełne rozpieszczonych małolatów. Śmierdziało.
Jest tutaj takie miejsce, które wszyscy nazywają “zapleczem”. Jedno z drugim nie ma wiele wspólnego. Tam przychodziły najbardziej narąbane dzieciaki, i rzygały po kątach. Kiedyś weszłam tam, a Jerry przytulał do siebie pewną małolatę. Pamiętałam ją, ponieważ było okropnie nieprzyjemna. Kazałam mu spadać. Podniosłam dziewczynę za ręce, i kazałam się wynosić.
- Ja tego nie wytrzymam… Nie wytrzymam…- zawisła wtedy na mnie tracąc przytomność, i wymiotując na moje buty.
Pierwszy raz w życiu pomyślałam: ktoś umiera.
Mike.
Siedziała za barem, ze strasznie nieobecną miną. Po chwili bezowocnego wpatrywania się w przestrzeń, spuściła głowę, i ukryła ją w dłoniach. Patrzyła na upijające się dzieciaki. Chyba z nudów zaczęła czyścić szklanki, i zbierać je ze stołów.
Podszedłem do baru, za którym znowu się znajdowała.
- To ty.- zacząłem. Spojrzała na mnie. Czyżby na jej twarzy malowała się ulga?
- Ja.- zabrała się do dalszego czyszczenia szklanek. Jej ruchy były szybkie, zdecydowane. Nie wiem dlaczego, ale spojrzałem na jej dekolt. Zobaczyłem malutki napis “Jeśli dam Ci się tutaj dotknąć, będziesz mógł rozdziewiczyć mnie w kiblu”. Dopiero teraz zauważyłem, że jej lewe ramię, i całą prawą rękę pokrywały kolorowe, pop-art’owe tatuaże. Marilyn Monroe, The Beatles, Smashing Pumpkins…
Miau?
Christie.
Godzinę temu Shirley wyleciał do Iraku. Nie pożegnałam się z nim. Czułam, że robię źle. On może już nie wrócić. Będę żałować. Ale jeszcze nie teraz.
Razem z Rachel przemalowywałyśmy ściany w salonie. Dwie z nich miały pozostać białe, pozostałe dwie: zielone. Rach przyniosła jakieś olbrzymie zielsko, które ustawiłyśmy w rogu koło telewizora. A poza tym? Nic się nie zmieniło. Całe moje mieszkanie było takie… puste. Bez duszy, i jaj.
Całe umazane farbą gadałyśmy o facetach, modzie, naszej agencji. R. dokładnie opisała mi noc z BJ’em. Od tamtej pory się nie widzieli. Dzwonił do niej. Ona miała go gdzieś. A wiedziała, że nie powinna.
Usiadłyśmy pod świeżo pomalowaną ścianą, i otwarłyśmy butelki z piwem. Piłyśmy je powoli, z nadzieją na lepsze. Na miłość, na seks, na coś jeszcze więcej. Na narzeczeństwo, które nie zostanie zerwane z powodu innej. Na ślub, pełen gości. Na małe dzieci, których będziesz pewna. Na dzieci, którym będziesz mogła zapewnić przyszłość.
Otarłam dłonie i butelkę o niebieskie robocze spodnie na szelkach. Całe pokryte były zielonymi smugami. Tak samo jak nasze twarze, włosy i odkryte plecy. W zasadzie, to pod naszymi “strojami” nie miałyśmy nic poza majtkami.
Lubiłam moją nagość. Głupio się przyznać, ale zawsze marzyłam o rozbieranej sesji. Nigdy, ale to nigdy, nie wstydziłam się swojego ciała. Uwielbiałam stać przed lustrem całkiem naga, i móc się podziwiać.
Ale chciałam… żeby podziwiał mnie też ktoś jeszcze.
Ktoś jeszcze…
Dzwonek. O kurwa.
Tre’.
Zabije mnie jak jej powiem, skąd mam ten adres. Nie ładnie tak wypytywać. Trzeba jednak ponieść jakieś ofiary. Trzeba.
Ale póki co, to nikt nie otwierał. Już miałem zbierać się do wyjścia, kiedy drzwi się otworzyły.
Stała w nich w roboczych spodniach, całych umazanych zieloną farbą. Czerwone włosy delikatnie spływały na zarumienione policzki. Nagie ramiona, dekolt, plecy… Czy ona ma coś pod spodem?
Zmieszała się. Nie wiem, czy z powodu mojej niezapowiedzianej wizyty, czy z powodu jej stroju.
- Eee… Skąd masz mój adres?- zapytała niepewnie. Za nią przemknęła Rachel, podnosząc ręce w górę i teatralnie się pochylając. Christie szybko obróciła się, i podejrzliwie na nią spojrzała. Ta pogwizdując udała się w głąb oszałamiająco białego mieszkania.- No tak. MOŻNA SIĘ BYŁO TEGO SPODZIEWAĆ!- krzyknęła w głąb mieszkania, tak aby jej przyjaciółka usłyszała.
- Ja nie naciskałem. Sama mi dała.- spojrzała na mnie ironicznie.- No… prawie sama.
- Nie ważne… Nie będę Cię w drzwiach trzymać, bo zimno leci.
Powoli przekroczyłem próg jej mieszkania. Wszystko było białe. Ściany, meble, dywany, obrazy… Nie licząc salonu, który teraz był cały w zielonej farbie. Usiadłem na kanapie, a ona w tym czasie poszła do kuchni po piwo. W połowie drogi zatrzymała ją Rach, i zaczęła coś szeptać w jej stronę. Chwilę potem obie ruszyły w stronę łazienki. Zamknęły się w niej.
Słyszałem ich zduszony śmiech, i jakieś strzępki rozmów. Uderzenie w drzwi.
- Kurwa.- powiedziała któraś z nich.
Znowu cisza. Usłyszałem odgłos wody padającej do umywalki. Krótki szum suszarki. Ściszony krzyk. JĘK?!
- Gdzie mi z tymi łapami…- Christie? Rachel?
Znowu cisza. Po chwili wyszły z łazienki. Christie trzymała w dłoniach roboczy strój który miała na sobie czarno-włosa. Ona, nadal pozostawała w swoim. Pożegnały się. Szybko, szeptając .
Widziałem jej nagie ramiona, plecy, dekolt. Zarumienione policzki. Bose stopy w rozwalonych, obrudzonych farbą trampkach. Duże oczy.
Opanuj się.
