ajcook
All om mig

Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

“Przeleć Go!”

pon ,28/06/2010

Znowu siedziałam w knajpie sama. Ludzie byli nieprzyjemni bardziej niż zwykle, dzieciaki brały więcej taniej amfetaminy i kokainy. Cztery razy pomyliłam zamówienia, ktoś ukradł mi szalik. Myślałam o Mike’u. Szczerze mówiąc, miałam wyrzuty sumienia, że tak Go potraktowałam. Wyglądał na strasznie bezradnego. Naprawdę, nie mam serca. A teraz za karę mam mega kaca. Wzięłam już cztery tabletki przeciwbólowe i nic. Muszę z nim pogadać.
Widziałam Go tutaj parę razy. Zawsze zastanawiało mnie, co taki facet jak on, robi w knajpie o takiej reputacji. Dziwię się, że jeszcze nie zamknęli tego lokalu. Szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko. Nie znoszę tego miejsca. Jest brudne, pełne rozpieszczonych małolatów. Śmierdziało.
Jest tutaj takie miejsce, które wszyscy nazywają “zapleczem”. Jedno z drugim nie ma wiele wspólnego. Tam przychodziły najbardziej narąbane dzieciaki, i rzygały po kątach. Kiedyś weszłam tam, a Jerry przytulał do siebie pewną małolatę. Pamiętałam ją, ponieważ było okropnie nieprzyjemna. Kazałam mu spadać. Podniosłam dziewczynę za ręce, i kazałam się wynosić.
- Ja tego nie wytrzymam… Nie wytrzymam…- zawisła wtedy na mnie tracąc przytomność, i wymiotując na moje buty.
Pierwszy raz w życiu pomyślałam: ktoś umiera.

Mike.

Siedziała za barem, ze strasznie nieobecną miną. Po chwili bezowocnego wpatrywania się w przestrzeń, spuściła głowę, i ukryła ją w dłoniach. Patrzyła na upijające się dzieciaki. Chyba z nudów zaczęła czyścić szklanki, i zbierać je ze stołów.
Podszedłem do baru, za którym znowu się znajdowała.
- To ty.- zacząłem. Spojrzała na mnie. Czyżby na jej twarzy malowała się ulga?
- Ja.- zabrała się do dalszego czyszczenia szklanek. Jej ruchy były szybkie, zdecydowane. Nie wiem dlaczego, ale spojrzałem na jej dekolt. Zobaczyłem malutki napis “Jeśli dam Ci się tutaj dotknąć, będziesz mógł rozdziewiczyć mnie w kiblu”. Dopiero teraz zauważyłem, że jej lewe ramię, i całą prawą rękę pokrywały kolorowe, pop-art’owe tatuaże. Marilyn Monroe, The Beatles, Smashing Pumpkins…
Miau?

Christie.

Godzinę temu Shirley wyleciał do Iraku. Nie pożegnałam się z nim. Czułam, że robię źle. On może już nie wrócić. Będę żałować. Ale jeszcze nie teraz.
Razem z Rachel przemalowywałyśmy ściany w salonie. Dwie z nich miały pozostać białe, pozostałe dwie: zielone. Rach przyniosła jakieś olbrzymie zielsko, które ustawiłyśmy w rogu koło telewizora. A poza tym? Nic się nie zmieniło. Całe moje mieszkanie było takie… puste. Bez duszy, i jaj.
Całe umazane farbą gadałyśmy o facetach, modzie, naszej agencji. R. dokładnie opisała mi noc z BJ’em. Od tamtej pory się nie widzieli. Dzwonił do niej. Ona miała go gdzieś. A wiedziała, że nie powinna.
Usiadłyśmy pod świeżo pomalowaną ścianą, i otwarłyśmy butelki z piwem. Piłyśmy je powoli, z nadzieją na lepsze. Na miłość, na seks, na coś jeszcze więcej. Na narzeczeństwo, które nie zostanie zerwane z powodu innej. Na ślub, pełen gości. Na małe dzieci, których będziesz pewna. Na dzieci, którym będziesz mogła zapewnić przyszłość.
Otarłam dłonie i butelkę o niebieskie robocze spodnie na szelkach. Całe pokryte były zielonymi smugami. Tak samo jak nasze twarze, włosy i odkryte plecy. W zasadzie, to pod naszymi “strojami” nie miałyśmy nic poza majtkami.
Lubiłam moją nagość. Głupio się przyznać, ale zawsze marzyłam o rozbieranej sesji. Nigdy, ale to nigdy, nie wstydziłam się swojego ciała. Uwielbiałam stać przed lustrem całkiem naga, i móc się podziwiać.
Ale chciałam… żeby podziwiał mnie też ktoś jeszcze.
Ktoś jeszcze…
Dzwonek. O kurwa.

Tre’.

Zabije mnie jak jej powiem, skąd mam ten adres. Nie ładnie tak wypytywać. Trzeba jednak ponieść jakieś ofiary. Trzeba.
Ale póki co, to nikt nie otwierał. Już miałem zbierać się do wyjścia, kiedy drzwi się otworzyły.
Stała w nich w roboczych spodniach, całych umazanych zieloną farbą. Czerwone włosy delikatnie spływały na zarumienione policzki. Nagie ramiona, dekolt, plecy… Czy ona ma coś pod spodem?
Zmieszała się. Nie wiem, czy z powodu mojej niezapowiedzianej wizyty, czy z powodu jej stroju.
- Eee… Skąd masz mój adres?- zapytała niepewnie. Za nią przemknęła Rachel, podnosząc ręce w górę i teatralnie się pochylając. Christie szybko obróciła się, i podejrzliwie na nią spojrzała. Ta pogwizdując udała się w głąb oszałamiająco białego mieszkania.- No tak. MOŻNA SIĘ BYŁO TEGO SPODZIEWAĆ!- krzyknęła w głąb mieszkania, tak aby jej przyjaciółka usłyszała.
- Ja nie naciskałem. Sama mi dała.- spojrzała na mnie ironicznie.- No… prawie sama.
- Nie ważne… Nie będę Cię w drzwiach trzymać, bo zimno leci.
Powoli przekroczyłem próg jej mieszkania. Wszystko było białe. Ściany, meble, dywany, obrazy… Nie licząc salonu, który teraz był cały w zielonej farbie. Usiadłem na kanapie, a ona w tym czasie poszła do kuchni po piwo. W połowie drogi zatrzymała ją Rach, i zaczęła coś szeptać w jej stronę. Chwilę potem obie ruszyły w stronę łazienki. Zamknęły się w niej.
Słyszałem ich zduszony śmiech, i jakieś strzępki rozmów. Uderzenie w drzwi.
- Kurwa.- powiedziała któraś z nich.
Znowu cisza. Usłyszałem odgłos wody padającej do umywalki. Krótki szum suszarki. Ściszony krzyk. JĘK?!
- Gdzie mi z tymi łapami…- Christie? Rachel?
Znowu cisza. Po chwili wyszły z łazienki. Christie trzymała w dłoniach roboczy strój który miała na sobie czarno-włosa. Ona, nadal pozostawała w swoim. Pożegnały się. Szybko, szeptając .
Widziałem jej nagie ramiona, plecy, dekolt. Zarumienione policzki. Bose stopy w rozwalonych, obrudzonych farbą trampkach. Duże oczy.
Opanuj się.

Tre’.

pt ,25/06/2010

Tre’.

Powoli wróciła z dwoma puszkami piwa. Szczerze mówiąc, takiej jej jeszcze nie widziałem. Spontanicznej, bez makijażu, bez szpilek na nogach. Chyba trochę stresowała się swoim ubiorem. Mnie… mnie nie przeszkadzał.
- Co Cię sprowadza w moje skromne progi, hmm?- spytała otwierając piwo. Parę kropel padło na jej dekolt. Czułem się lekko zamroczony.
- Noo… Tak właściwie, to nic. Chciałem Cię zobaczyć po prostu.- zakończyłem. Przygryzła lekko dolną wargę, na policzkach pojawił się rumieniec.
Przypominała mi taką… nastolatkę. Nastolatkę, nie wiedzącą co ze sobą zrobić w obliczu chłopaka. Czułem się jak w podstawówce. Sam nie wiedziałem co powiedzieć, jak zacząć.
Zaczęliśmy się wydurniać. Gadaliśmy o byle czym. Nie wiedziałem nawet o czym. Kiedy wypiliśmy piwo, Christie wyciągnęła dużą butelkę wina.
- Zawsze masz to pod ręką?
- Yhy.- nalała wina do zwykłych szklanek, tłumacząc się brakiem jakiegokolwiek innego, czystego szkła.
Piliśmy. Dużo piliśmy. Jedna butelka była już pusta. Teraz w ruch poszła następna. Powoli zaczynaliśmy tracić kontrolę. Po czym to poznałem?
- Kiedy ostatni raz… wiesz?- zapytałem unosząc do góry jedną brew. Spojrzała na mnie dziwnie.
- Moje życie seksualne legło w gruzach.- powiedziała “smutno”. Cały temat składał się z seksualnych opowiadań i fantazji. Co jest przyjemne, a co wręcz obrzydliwe. Największe rozczarowania i przeżycia. Pierwszy raz.
Kiedy zapytałem ją, z kim ostatnio była, zmieszała się. Uśmiech zszedł z jej twarzy, oczy nie miały tego blasku. Spieprzyłeś, pomyślałem. Chyba zauważyła poczucie winy na mojej twarzy, bo lekko się uśmiechnęła. Spuściłem głowę.
Poczułem, jak siada na mnie okrakiem. Nie wiedziałem co robić. Nie wiedziałem, czego ona oczekuje. Spojrzała w moje oczy, i palcami delikatnie dotknęła moich warg. Przejechała dłonią po moim irokezie. Nachyliła się, i chyba chciała mnie pocałować, ale w ostatniej chwili zrezygnowała.
Mocno się do mnie przytuliła. Pachniała farbą, winem, i czymś jeszcze. Jej czerwone, niesforne loki opadły na mój policzek. Jedna szelka jej stroju opadła, jeszcze bardziej odsłaniając piersi. Zdezorientowany (i pijany), objąłem ją. Musiała tego potrzebować.
- Tak bardzo chciałabym kogoś mieć… Móc wszystko powiedzieć…- mówiła niepewnie.
- Ale… przecież ja…- chciałem jej w końcu to powiedzieć. Musiałem.
- Nie mów.- wzięła głęboki oddech, mocniej się do mnie przytulając.- Zanieś mnie do sypialni. Proszę.
Bez słowa wziąłem ją na ręce, i zaniosłem ją do sypialni. Powoli położyłem ją na łóżku, najdelikatniej jak się dało. Czerwone loki rozproszyły się na białej pościeli, przypominając promienie Słońca.
Szelka jej stroju odpięła się, i zjechała bezwładnie po ramieniu, ukazując pierś Christie. Ona sama, w ogóle się nie przejęła. Leżała na łóżku, wpatrując się w sufit.
- Obiecaj mi, że nie zapomnisz o tym, co się dzisiaj stało.- wyszeptała.
- Obiecuję.

Christie.

Obudził mnie potworny ból głowy, dziwny smak w ustach, i świadomość tego, co się wczoraj stało. Niby nic, a jednak. Co alkohol potrafi z człowiekiem zrobić. Nie dość, że pomyślał sobie nie wiadomo co, to jeszcze… zobaczył to, czego zobaczyć na pewno nie powinien.
Po omacku wygrzebałam coś z szafy i szybko na siebie zarzuciłam. O dziwo, udało mi się nawet zrobić kawę. Łyknęłam ze trzy tabletki przeciwbólowe, i z powrotem rzuciłam się na łóżko, nie mogąc utrzymać równowagi.
Kiedy zaczęłam wtulać twarz w poduszkę, wszystko mi się przypomniało. Te nasze rozmowy, śmiech. To, jak weszłam na jego kolana, i przytuliłam się do niego. Jak zanosił mnie do łóżka. Tą całą pieprzoną obietnicę. I jestem całkowicie pewna, że NIGDY tego nie zapomni.
Musiałam coś zrobić. Jakoś usprawiedliwić samą siebie. Zwlekłam się z łóżka, i wzięłam telefon. Szybko wykręciłam numer.
I wszystko jasne.

Siedziałam na tej zimnej ławce, znajdującej się na wzgórzu. Póki co, jeszcze byłam sama. Czekałam na niego. Musiałam to jakoś wyjaśnić. Było mi po prostu cholernie głupio. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się coś takiego.
Stukałam obcasem czerwonej szpilki w zmarzniętą ziemię. Wiatr wiał niemiłosiernie, kalecząc moją fryzurę. Łzawiły mi oczy, rozmazując makijaż. Szybko otarłam łzę rękawem płaszcza.
Usiadł obok mnie na ławce, i przywitał mnie pocałunkiem w policzek. A JEDNAK! POMYŚLAŁ SOBIE!
Postanowiłam szybko przejść do rzeczy.
- Wszystko to wczoraj to… to pomyłka.- uśmiech zszedł z jego twarzy. Czyżby zdziwienie?
- To znaczy… że co?
- Ja byłam pijana. Nie chcę żebyś po prostu brał to sobie zbytnio do serca. Nie przekreślam tej całej znajomości, tylko że… no wiesz co.
- Za szybko?
- Tak Tre’. Za szybko. I szybciej chyba nie będzie.
Koniec?

Mouse.

Krótki wniosek:
JA PIERDOLE, JAK ON CAŁUJE!

So critical.

czw ,17/06/2010

Mouse.

Po prostu się całowaliśmy. I tyle. Cały czas rozmawialiśmy o tatuażach. Naprawdę, pierwszy raz spotykam kogoś takiego. Kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o tym, co naprawdę kocham. Nienawidzę rozmawiać o polityce, mówić o sobie, ani tym bardziej o tym jaka och, och, piękna pogoda dzisiaj.
Poczekał do końca mojego dyżuru. Bagatela 2:30 a.m. Kiedy w końcu zaczęłam się zbierać, robiłam to strasznie powoli. Zauważyłam, że jego największą uwagę przyciągnął tatuaż na dekolcie. Nie powiem; trochę mnie to denerwowało. Nawet bardzo. Ale to w końcu facet. Tylko facet.
Odprowadził mnie pod wieżowiec w którym mieszkam. Duży, 20-piętrowy, przeszklony budynek. Przed ostatnie piętro. Miałam skromną nadzieję, że naprawili windę.
Tak właściwie… to ja Go pocałowałam. Nie wiem, czy za sprawą oparów z knajpy, czy po prostu z własnej woli. To drugie ostatnio nie przychodzi mi łatwo.
- Dzięki że poczekałeś. Przynajmniej nie było szansy, żeby ktoś znowu zwinął mi torebkę.- zaczęłam.
- Od czegoś jestem na tym świecie.- uśmiechnął się. O rany.- Lecę. Do zobaczenia. Mam nadzieję.
Wtedy szybko przechyliłam się w jego stronę, i szybko to zrobiłam. Krótki, prosty pocałunek. Kiedy skończyliśmy (no cóż, tak właściwie…), był trochę oszołomiony. Szybko odwróciłam się, i weszłam głównym wejściem do budynku.
O rany.

Mike.

Byłem trochę zdziwiony tym pocałunkiem. I zachwycony jednocześnie. Nic wymyślnego, prosty pocałunek. Może po prostu tego było mi trzeba?
Z drugiej strony: zdradziłem Brit. Dziewczynę którą kochałem. Kocham. Przejęzyczenie, czy prawda? Stałem przed tym wieżowcem jakieś dobre pięć minut, właśnie nad tym się zastanawiając. Na samej górze zapaliło się światło. Cofnąłem się, w nadziei, że może ją zobaczę. Nie. Tylko smukły, czarny cień. Odszedłem.
Jakimś cudem przywlekłem się do domu. Nie wiem dlaczego, ale ostatnio moją jedyną rozrywką są koncerty, i te cholerne, zimowe spacerki. Kiedy przyszedłem do domu, nikogo nie zastałem.
” Wrócę później. Wybacz. Brit”. No tak. Znowu jakieś spotkanie. Muszę to powiedzieć, ale ostatnio było mi jej brak. Nie miałem się komu wygadać, przytulić się. A teraz poznałem Mouse.
Niech to wszystko…

Christie.

Jeszcze przez chwilę wpatrywał się we mnie, oczekując na odpowiedź. Spuściłam wzrok. Chwyciłam torebkę, i ruszyłam przed siebie. Tak bardzo nie chciałam tego robić. Gdyby istniała maszyna do zamazywania tego, co już dawno się skończyło. Dałabym za to każde pieniądze.
Gdy tylko weszłam do mieszkania, rozpłakałam się. Jak małe dziecko. Schowałam twarz w poduszkach, tych nieskazitelnie białych poduszkach, i ryczałam jak bóbr. Moja twarz była całkiem mokra. Czarne smugi pokryły pościel.
Nie wiem kiedy, i jak to wyglądało, ale zasnęłam. Obudziłam się dopiero następnego dnia o 7:30 am. Bolała mnie głowa, i cała szyja. Wzięłam jakieś tabletki, i znowu zasnęłam. Tym razem na kanapie. Śnił mi się wisiorek Cast’a, i on sam. Coś do mnie mówił, sama nawet nie wiem co. Kiedy po dwóch godzinach otworzyłam oczy, stwierdziłam, że to jakiś dobry znak.

Kolejny tydzień spędziłam w domu. Wstawałam, szłam po kawę do Starbuck’a, robiłam ze sobą względny porządek, piłam koniak, jadłam obiad, znowu piłam koniak, kasowałam wiadomości od Tre’ znajdujące się na sekretarce.
Nie chodziłam na wystawy, bo dwie z modelek są teraz na macierzyńskim. Faceci to pieprzone dziecioroby. Zrobią takiej dziecko, a ona się biedna musi męczyć.
A koniak nie jest taki zły. No przecież.

Nie widziałam Go już tydzień. I szczerze mówiąc, straciłam nadzieję.
- Pobędziesz jeszcze trochę sama. Całkiem sama.- mówiłam do siebie gapiąc się w telewizor, z nogami wyciągniętymi na stolik.
Wiedziałam, że nie powinnam była tak robić. Po prostu odchodzić, bez słowa. Powinnam była Go pocałować, i zrobić sobie w końcu dobrze. I pierdolić te wszystkie głupie gazety, i głupie poradniki. Nigdy więcej nie kupię sobie Cosmopolitan’a. Boże, co ja zrobiłam!
Zerwałam się na równe nogi, i szybko chwyciłam telefon. Zaczęłam wykręcać numer, który już od dawna miałam w pamięci. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci. Sekretarka. Kiedy już miałam zamiar się nagrać, usłyszałam pukanie do drzwi.
- No kurwa mać!- krzyknęłam, żeby stojący za drzwiami dokładnie wiedział, co sądzę o jego odwiedzinach. A co!
Szybko podbiegłam do drzwi, i gwałtowanie je otworzyłam.
A c… co…?

Tre’.

Kiedy tylko usłyszałem złość w jej głosie, miałem ochotę się wycofać. Ale nie po to tutaj przyszedłem. Przez tydzień byłem zły, i wściekły na wszystko. Psułem próby, potykałem się o wszystko co było możliwe. Zdobyłem się jednak na coś, i ruszyłem do Christie.
Kiedy otworzyła drzwi, wyglądała na zdziwioną, i przestraszoną.
- No tak.- powiedziała przykładając dłoń do czoła.- Wejdź.
W środku jak zwykle panował nienaganny porządek. Wszystko było na swoim miejscu. Czasami wydawało się, jakby ustawiała mebla za pomocą kątomierza. Nawet bukiet zasuszonych, białych róż wyglądał jakby był ustawiany; każdy kwiat pod ustalonym kątem odchylał się w prawo lub lewo.
- Wiesz…- zaczęła. Przez chwilę tkwiła oparta o ścianę, zastanawiając się.- Tak właściwie, to chciałam Ci wszystko wyjaśnić.
- Ale że niby co?- spytałem. Boże, jak ja lubię zadawać takie pytania.
- No to całe zajście. Naprawić to jakoś, nie wiem.
- Jak naprawić?- spytałem z uśmiechem, znacznie się do niej przybliżając. Wziąłem kosmyk włosów opadających jej na twarz, i założyłem za ucho. Na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Podniosła wzrok.
Pukanie do drzwi.
Szybko zamrugała, i z powrotem spuściła wzrok. Odwróciła się, i poszła otworzyć. Ze zrezygnowaniem opuściłem ręce.
Szkoda gadać.

Christie.

Ze wściekłością otworzyłam drzwi. No po prostu, to grzech żeby tak ludziom przeszkadzać.
Na zewnątrz stała wysoka, czarnoskóra dziewczyna o krótkich, rudych włosach. Miała na sobie wojskową kurtkę, i obcisłe jeansy, opadające na zniszczone, bordowe trampki.
- Pani Christie Roodney?- spytała lekko zachrypniętym głosem. Kiwnęłam głową.- Ja i pani brat służyliśmy w tym samym pułku. Chwilę przed wybuchnięciem miny… dał mi to.- podała mi niedużą, lekko zniszczoną kopertę. Zaczęłam obracać ją w dłoniach, zastanawiając się, co się w niej znajduje.- Przepraszam, że tak późno to pani daję, ale nasz pułk wrócił niespełna dwa tygodnie temu, a ja nie miałam pani adresu. Do widzenia.
Zamknęłam drzwi, nie odrywając wzroku od koperty. Powoli weszłam do salonu w którym znajdował się Tre’. Jednym ruchem dłoni rozerwałam kopertę. W środku znajdowało się małe zdjęcie. Allyson, jego żony, i moje. Miałam jeszcze blond włosy.
Sięgnęłam do wnętrza koperty. Znajdował się w nim złoty łańcuszek Cast’a, a na nim zawieszony malutki porcelanowy króliczek. Upadłam na podłogę, siadając po turecku. Trzęsącymi dłońmi próbowałam zapiąć łańcuszek na swojej szyi.
Tre’ powoli podszedł do mnie, nie za bardzo wiedząc co się ze mną dzieje. Usiadł naprzeciwko mnie, i zabrał mi łańcuszek. Położył go tuż obok moich rozłożonych kolan. Wziął moją rozdygotaną twarz w dłonie, i spojrzał mi w oczy. Złożył na moich ustach krótki, niedbały pocałunek. Następne stawały się coraz dłuższe, odważniejsze. W przypływie radości lekko przygryzłam jego wargę.
Ach, ta perwersja się ze mnie wylewa.

Rachel.

wt ,08/06/2010

Rachel.

Od tygodnia nie żyłam; raczej wegetowałam, jak jakiś kaktus. Piłam kawę, i brałam środki przeciwbólowe. Zaczęły wypadać mi włosy. Mogłam wybierać je całymi garściami. Łamały się paznokcie. Od ponad dwóch tygodni regularnie krwawiłam.
Zrobiłam sobie nawet test ciążowy. Ba, nawet parę razy. Za każdym razem kreseczka robiła się czerwona, uświadamiając mi, że to tylko i wyłącznie ze mną jest coś nie tak. Nigdy, ale to nigdy, nie widziałam się w takim stanie. Skóra była blada jak u trupa, oczy podkrążone wielkimi, czarnymi sińcami. Prawie codziennie otrzymywałam wiadomości od Christie i Mouse. Gdzie jestem, co się ze mną dzieje. Trzy dni temu były nawet pod moim mieszkaniem. Majstrowały coś przy zamku, ale po 20 minutach odeszły.
Zmierzałam powoli w stronę kuchni, po kolejne pudełko tamponów, i kolejny kubek kawy. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Spojrzałam przez judasza.
Nie sądziłam, że się tu jeszcze pojawi. I szczerze mówiąc, miałam taką nadzieję. Czekał ze spuszczoną głową, aż ktoś mu wreszcie otworzy.
- Odejdź, proszę.- powiedziałam cicho, przytulając twarz do drzwi.- Odejdź, i nie wracaj.
Próbował coś powiedzieć. Schował dłonie do kieszeni spodni, i odszedł. Słyszałam, jak zbiegał po schodach. Złapałam się za głowę, czując kolejną falę przeszywającą moją głowę.
Zachwiałam się, jak manekin wystawiony na ulicy. Sam, na pastwę przechodni i ich obleśnych, tłustych paluchów. Próbowałam złapać się wieszaka, nie mogłam jednak go dosięgnąć. Chwilę potem runęłam na ziemię.

BJ.

Dobra, dobra. Skoro tego chciała, odszedłem. Nie chciałem zawracać jej niepotrzebnie głowy. Uznałem po prostu, że warto było się do niej odezwać po tym wszystkim. Minęło przecież tyle czasu… Wiadomo, mogłem to zrobić wcześniej. Ale było mi wstyd. Wstyd, wstyd, i jeszcze raz wstyd. A myślałem, że już nigdy więcej nie będę się musiał wstydzić. Za siebie, za to co mam w spodniach. Mówiłem, że nigdy nie zdradzę mojej żony. Nie zdradzę swoich własnych dzieci.
Wolnym krokiem wyszedłem z kamienicy Rachel. Stanąłem na środku chodnika, i zastanawiałem się, co dalej. Gdzie iść, co powiedzieć. Co wieczór wracam do domu z wizją nagiej Rach, która całkowicie mi się oddała. Nie byłem pewny ale… w nadziei na coś więcej?
Postanawiałem się nie oddalać. Myślałem, że może uda mi się jakoś ją spotkać, i porozmawiać. Skierowałem się w stronę jakiegoś podrzędnego pub’u. Chwiejne, drewniane schodki prowadziły do niedużej spelunki oświetlanej wielkimi, kolorowymi świecami. Ten zapach strasznie mnie drażnił, nie miałem jednak na oku żadnego innego lokalu, więc pozostałem tutaj. Zamówiłem jedno piwo, i powoli zaczynałem je wychylać. Potem następne. Szybko je wypiłem.
Świat zrobił się strasznie kolorowy. Wszystko wokoło była jakoś dziwnie rozmazane, podskakiwało, i mieniło się tysiącami kolorów. Zacząłem sobie coś podśpiewywać, nie pamiętam nawet co.
Wtedy zrozumiałem, co mnie tak naprawdę męczyło. Cały ten czas. Uświadomiłem to sobie, kiedy miałem zbierać się do wyjścia. Podniosłem się z wysokiego, barowego krzesła, kiedy naszła mnie ta myśl. Powoli na nie opadłem, opierając czoło o blat stołu.
Nie kocham Cię Rachel.

Rachel.

Kiedy się obudziłam, moje spodnie były całkiem mokre. Na podłodze znajdowała się wielka, mokra plama krwi. Szybko podniosłam się, i uciekłam do łazienki. Zamknęłam się, i zaczęłam ściągać z siebie spodnie i bieliznę. Założyłam coś czystego, i powoli wyszłam na korytarz; starałam się nie wpaść nogą w krew.
Skierowałam się w stronę kuchni, by jakąś szmatą wytrzeć to wszystko. Zanim to zrobiłam, nalałam sobie szklankę wody i wzięłam jakieś tabletki od bólu głowy. Z resztą, nie tylko. Bolała mnie głowa, brzuch, kręgosłup i szyja. Przejechałam dłonią po włosach. Na palcach unosiła się ich cała garść. Strzepnęłam to z obrzydzeniem do kosza, i powróciłam do wmawiania sobie:
” Nic Ci nie jest, wszystko będzie dobrze, na pewno będzie dobrze, nic się nie dzieje, no już, już”.
Poczułam, jak coś znowu ze mnie wypływa, znika gdzieś na zewnątrz. Chwyciłam jakąś starą szmatę, i zaczęłam wycierać panele w holu. Ścierka wszystko to wsiąkała, pozostawiając czerwone smugi.
Nie mów nikomu, nie mów.

Christie.

Siedzieliśmy na tej okropnie zimnej podłodze jeszcze jakieś 20 minut. Udało mu się jakoś zapiąć ten cholerny łańcuszek na mojej szyi. Opowiedziałam mu o moim bracie, dlaczego tak dziwnie zareagowałam.
Było mi tak dobrze w jego objęciach. Nie był taki jak inni. Zazwyczaj, kiedy facet brał mnie w ramiona, to zaczynał mnie rozbierać.
Pomógł mi wstać, i powlókł w stronę kanapy. Zrzuciłam z niej wszystkie bluzki, spódnice, sweterki, szpilki i papierki. Powoli położyłam się, opierając głowę na stercie zielonych poduszek. On zrobił to samo.
Powoli położył głowę na moim brzuchu. Otarł się o mnie policzkiem, marszcząc zielony podkoszulek. Nie wiedziałam co robić. Było tak cicho.
- Mogę?- spytałam. Spojrzał na mnie dziwnie, nie wiedząc o co mi chodzi.
- Ale że co?- to jest chyba jakaś jego pasja. Nauczyć Go poprawnie zdania układać, ot co.
- Nie chcę Ci zepsuć fryzury.- powiedziałam uśmiechając się.
- A co tam. Dajesz.
Powoli położyłam dłoń na jego głowie. Przejechałam nią po irokezie, całkowicie go niszcząc. On położył swoją dłoń na moim brzuchu. Palcami rysował jakieś dziwne wzroki, przyprawiając mnie o dreszcze.
Leżeliśmy tak w ciszy. Żadne z nas się nie odzywało; słyszeliśmy tylko oddechy, przejeżdżające za oknem samochody, gwar przechodniów, krzyk małolatów wracających ze szkoły. Włożył dłoń pod moją koszulkę. Jego ciepło ogrzewało mój zmarznięty brzuch.
Zasnęłam.

Mouse.

W głuchym pokoju odezwał się telefon. Spojrzałam na zegarek. Była już 2 p.m, a ja nadal na nogach. Nie chciało mi się wstawać, więc poczekałam, aż włączy się sekretarka. Usłyszałam jakieś rzężenie, a potem słaby, kobiecy głos. Nie mogłam rozróżnić słów, tak zamazany się wydawał. Podeszłam bliżej.
- Jezu Chryste, odbierz, proszę. To ja. To naprawdę ja.- usłyszałam.
- Rachel?- zapytałam.
- Przyjeżdżaj. I to szybko.
Nie zdążyłam jej zapytać, o co chodzi. Nagle, połączenie zostało zerwane, zamiast głosu Rach, usłyszałam krótkie, powtarzające się telefoniczne sygnały.
Nie myśląc długo, zaczęłam ściągać z siebie piżamę. Wskoczyłam w dżinsy, i jakiś luźny, rozciągnięty zielony sweter. 15 minut nie mogłam znaleźć butów. Kiedy w końcu je znalazłam, była 2:45.
Zarzucając na siebie kurtkę, i okręcając szyję szalikiem, zbiegłam po schodach. Wiatr wiał niemiłosiernie, mróz szczypał rozgrzaną twarz. Biegiem przekroczyłam ruchliwą ulicę, przyprawiając nocnych kierowców o zawał serca.
Szybko wskoczyłam do rozklekotanego Morris’a, i zapaliłam silnik. Z piskiem opon wjechałam na jezdnię, o mało nie potrącając jakiejś babci z psem. Z komórką przy uchu, zadzwoniłam do Christie.
Zaparkowałam samochód, i szybko weszłam do starej kamienicy Rachel. Łydki bolały mnie od tych ciągłych biegów, i zmian kierunków; mimo to próbowałam dostać się do niej jak najszybciej.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Christie.

sob ,29/05/2010

Christie.

Około pierwszej otworzyłam oczy. W pokoju było całkiem ciemno. Tykanie zegarka i brzęczenia muchy wydawało się rozrywać ten idealny ład. Zaczęłam się w to wszystko wsłuchiwać. Słyszałam miarowy oddech, i czułam ciężar głowy Tre’ na brzuchu.
Po omacku szukałam jego twarzy. Delikatnie dotknęłam dłonią jego policzka. Lekko się poruszył, a potem podniósł głowę. Nadal nic nie widziałam. Wpatrywałam się w miejsce, w którym powinien znajdować się biały sufit.
Przysunął się do mnie, a ja oparłam głowę o jego ramię. Tym razem to ja się do niego przytuliłam, chłonąc jego zapach. Żałowałam, że nie pozwoliłam na to wcześniej.
Poczułam jego pocałunki na czole, skroni, policzku i ustach. Długi, namiętny pocałunek o smaku czekolady. Połykałam smak swojego błyszczyka. Smak jego ust, tak inny od tych wszystkich. Ściągnął ze mnie podkoszulek. Poczułam, jak moje piersi ocierają się o materiał jego koszuli. Poczułam jego ciepłe pocałunki na obojczyku. Wędrowały coraz niżej, zatrzymując się na piersiach. Czułam jego ciepły oddech, tak przyjemny. Miałam gęsią skórkę, czułam lekkie dreszcze na policzkach.
Zabierał się do rozpinania rozporka moich spodni. Stanowczym ruchem zatrzymałam jego rękę.
- Nie chcesz?- spytał, a ja wychwytywałam słowa z ciemności.
- Nie. Poczekajmy jeszcze trochę. Proszę.- odpowiedziałam słodkim głosikiem.- szybko się podniósł. Leżeliśmy obok siebie twarzą w twarz. Odwróciłam się do niego nagimi plecami. Objął mnie, i przyciągnął do siebie.
Zamknęłam oczy.

Tre’.

Podniosłem rękę tak, by tego nie poczuła. Szukałem jakiegoś włącznika światła, czy czegoś takiego. Wiem, że za naszymi głowami znajdowała się wysoka, srebrna lampa z dużym, białym kloszem.
Jednym, szybkim ruchem włączyłem światła, wydając z siebie krzyk pełen podziwu dla samego siebie. Szybko mrużyła oczy, oślepiona snopem jasnego światła. Zakryła je dłońmi, próbując uciec od jasności. Chwilę potem otworzyła szeroko oczy, spoglądając na mnie pytająco.
A ja tylko na nią patrzyłem. Na jej białe, nagie plecy i piersi.
- I tylko po to włączyłeś światło, głupia pało?- spytała ze śmiechem.
- Tylko nie pało.- odpowiedziałem, unosząc lubieżnie jedną brew do góry.

Szybko założyła podkoszulek, siadając po turecku na kanapie. Rzuciła mi skórzaną kurtkę, a ja powoli ją włożyłem. Nie chciałem iść, ale musiałem pokazać się dzisiaj w domu. Pocałowałem ją w policzek, i ruszyłem w stronę korytarza. Odwróciłem się, a ona pomachała mi, bezgłośnie mówiąc “dobranoc”.
Cieszyłem się jak małe dziecko. Po dwóch tygodniach prób, udało mi się. W końcu kogoś mam. Kogoś, kogo będę mógł pokochać. Mam nadzieję.

Nacisnąłem klamkę domu, starając się zrobić to jak najciszej, i najszybciej. Wszędzie było ciemno, miałem więc taką nadzieję, że nikogo nie spotkam.
Zapaliłem małą lampkę w salonie, żeby móc zlokalizować schody. Kiedy miałem już ją zgasić, usłyszałem tupot na schodach. Szybko się obróciłem, spodziewając się każdego, tylko nie jej.
Patrzyła na mnie dużymi, zeszklonymi oczyma. W prawej dłoni trzymała starego, połatanego króliczka. Długie, sięgające pasa włosy spływały po jej ramionach.
- Cześć TATO.

Christie.

15 minut po wyjściu Tre’ zadzwonił telefon. Chciałam szybko odebrać, chcąc jak najszybciej spławić dzwoniącego. Oczy się zamykały, co chwila z moich ust wydobywały się długie ziewnięcia. Prawie nieprzytomna i zarazem podniecona dzisiejszymi wydarzeniami, podniosłam słuchawkę.
- Tak?- zapytałam, w nadziei na szybką odpowiedź. Przez chwilę słyszałam huk ulicy, i terkotanie silnika.
- To ja, Mouse.
- O co…
- Nie przerywaj mi jak mówię- zaczęła. Wyczułam, że coś jest nie tak. Nigdy nie dzwoniła do mnie tak późno (no, może kiedy była pijana, albo zrobiła sobie kolczyk w DZIWNYM miejscu).- Jadę teraz do Rachel. Coś jest z nią nie tak. Pamiętasz jak byłyśmy pod jej mieszkaniem? No właśnie. Chyba coś jej się stało. Leć tam, ja też zaraz będę.
Odłożyłam słuchawkę. Nie myśląc długo, wrzuciłam na siebie jakąś bluzę, a na nogi założyłam szpilki.
Szybkim ruchem zerwałam z wieszaka płaszcz, o mało go nie rozrywając. Zbiegając po schodach, próbowałam założyć drugi rękaw, i jakoś się pozapinać. Owinęłam szyję szalem, włosami próbowałam przysłonić twarz, wystawioną na pastwę zimna, i-choć małych- lodowatych płatków śniegu.
Szybko przebiegłam dwie przecznice dzielące mnie od kamienicy Rach. Próbowałam dostrzec Morris’a Mouse, nigdzie jednak go nie było. Postanowiłam nie czekać, i wbiegłam do środka. Stare, drewniane schody skrzypiały pod naciskiem stóp, poręcze kołysały się na prawo i lewo. Usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Poczułam jak coś szarpie mnie do tyłu, prawie zrzucając ze schodów. Na moje szczęście, wylądowałam w ramionach bladej jak ściana Mouse. Bez słowa wyjaśnień gestem kazała mi biec na górę.
Kiedy stanęłyśmy na piętrze Rachel, próbowałyśmy usłyszeć jakieś niepokojące dźwięki. Delikatnie stawiając stopy, starając się nie wydać żadnego dźwięku, podeszłyśmy pod drzwi. Delikatnie przyłożyłyśmy uszy do drzwi. Jedyne, co było niepokojące, to rozrywająca uszy cisza.

Mouse.

Nacisnęłam klamkę. Usłyszałam szczęknięcie zamka.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to straszny burdel. Po podłodze walały się czyjeś włosy, i obgryzione paznokcie. Wieszak był przewrócony, szafa otwarta- pięknie ukazując nam jej nieuporządkowaną zawartość.
Stanęłam jak wryta. Czułam przerażenie pulsujące w moich wnętrznościach, próbujące wydostać się na powierzchnię, w postaci krzyku. Stałam w wielkiej plamie zaschniętej krwi. Christie przytknęła dłoń do ust, i spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem.
Bez słowa udała się na poszukiwania Rach. Sprawdziłam kuchnię, i jej sypialnię. Wszędzie pusto, niesamowicie cicho. Spojrzałam na jej poduszkę. Była cała w maleńkich plamkach krwi, i czarnych włosach.
Usłyszałam cichy krzyk Roodney. Stała w drzwiach łazienki z rozdziawionymi ustami, trzęsącymi dłońmi. Dotknęłam jej ramienia, próbując dostać się do łazienki. Przesunęła się o krok, i pokazała mi to, czego nikt z nas nie chciałby zobaczyć.
Zatkało mnie. Nie wierzyłam, że kobieta, która miała wszystko, mogła tak wyglądać. Biała skóra, puste oczy lalki. Włosy były przerzedzone, kilka z nich znajdowało się na nagich ramionach. Podeszłam do wanny i dotknęłam jej ramienia. Z trudem podniosła głowę, łapiąc się za szyję.

P.S: Udławiłam się tymi świętami.