So critical.
Mouse.
Po prostu się całowaliśmy. I tyle. Cały czas rozmawialiśmy o tatuażach. Naprawdę, pierwszy raz spotykam kogoś takiego. Kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o tym, co naprawdę kocham. Nienawidzę rozmawiać o polityce, mówić o sobie, ani tym bardziej o tym jaka och, och, piękna pogoda dzisiaj.
Poczekał do końca mojego dyżuru. Bagatela 2:30 a.m. Kiedy w końcu zaczęłam się zbierać, robiłam to strasznie powoli. Zauważyłam, że jego największą uwagę przyciągnął tatuaż na dekolcie. Nie powiem; trochę mnie to denerwowało. Nawet bardzo. Ale to w końcu facet. Tylko facet.
Odprowadził mnie pod wieżowiec w którym mieszkam. Duży, 20-piętrowy, przeszklony budynek. Przed ostatnie piętro. Miałam skromną nadzieję, że naprawili windę.
Tak właściwie… to ja Go pocałowałam. Nie wiem, czy za sprawą oparów z knajpy, czy po prostu z własnej woli. To drugie ostatnio nie przychodzi mi łatwo.
- Dzięki że poczekałeś. Przynajmniej nie było szansy, żeby ktoś znowu zwinął mi torebkę.- zaczęłam.
- Od czegoś jestem na tym świecie.- uśmiechnął się. O rany.- Lecę. Do zobaczenia. Mam nadzieję.
Wtedy szybko przechyliłam się w jego stronę, i szybko to zrobiłam. Krótki, prosty pocałunek. Kiedy skończyliśmy (no cóż, tak właściwie…), był trochę oszołomiony. Szybko odwróciłam się, i weszłam głównym wejściem do budynku.
O rany.
Mike.
Byłem trochę zdziwiony tym pocałunkiem. I zachwycony jednocześnie. Nic wymyślnego, prosty pocałunek. Może po prostu tego było mi trzeba?
Z drugiej strony: zdradziłem Brit. Dziewczynę którą kochałem. Kocham. Przejęzyczenie, czy prawda? Stałem przed tym wieżowcem jakieś dobre pięć minut, właśnie nad tym się zastanawiając. Na samej górze zapaliło się światło. Cofnąłem się, w nadziei, że może ją zobaczę. Nie. Tylko smukły, czarny cień. Odszedłem.
Jakimś cudem przywlekłem się do domu. Nie wiem dlaczego, ale ostatnio moją jedyną rozrywką są koncerty, i te cholerne, zimowe spacerki. Kiedy przyszedłem do domu, nikogo nie zastałem.
” Wrócę później. Wybacz. Brit”. No tak. Znowu jakieś spotkanie. Muszę to powiedzieć, ale ostatnio było mi jej brak. Nie miałem się komu wygadać, przytulić się. A teraz poznałem Mouse.
Niech to wszystko…
Christie.
Jeszcze przez chwilę wpatrywał się we mnie, oczekując na odpowiedź. Spuściłam wzrok. Chwyciłam torebkę, i ruszyłam przed siebie. Tak bardzo nie chciałam tego robić. Gdyby istniała maszyna do zamazywania tego, co już dawno się skończyło. Dałabym za to każde pieniądze.
Gdy tylko weszłam do mieszkania, rozpłakałam się. Jak małe dziecko. Schowałam twarz w poduszkach, tych nieskazitelnie białych poduszkach, i ryczałam jak bóbr. Moja twarz była całkiem mokra. Czarne smugi pokryły pościel.
Nie wiem kiedy, i jak to wyglądało, ale zasnęłam. Obudziłam się dopiero następnego dnia o 7:30 am. Bolała mnie głowa, i cała szyja. Wzięłam jakieś tabletki, i znowu zasnęłam. Tym razem na kanapie. Śnił mi się wisiorek Cast’a, i on sam. Coś do mnie mówił, sama nawet nie wiem co. Kiedy po dwóch godzinach otworzyłam oczy, stwierdziłam, że to jakiś dobry znak.
Kolejny tydzień spędziłam w domu. Wstawałam, szłam po kawę do Starbuck’a, robiłam ze sobą względny porządek, piłam koniak, jadłam obiad, znowu piłam koniak, kasowałam wiadomości od Tre’ znajdujące się na sekretarce.
Nie chodziłam na wystawy, bo dwie z modelek są teraz na macierzyńskim. Faceci to pieprzone dziecioroby. Zrobią takiej dziecko, a ona się biedna musi męczyć.
A koniak nie jest taki zły. No przecież.
Nie widziałam Go już tydzień. I szczerze mówiąc, straciłam nadzieję.
- Pobędziesz jeszcze trochę sama. Całkiem sama.- mówiłam do siebie gapiąc się w telewizor, z nogami wyciągniętymi na stolik.
Wiedziałam, że nie powinnam była tak robić. Po prostu odchodzić, bez słowa. Powinnam była Go pocałować, i zrobić sobie w końcu dobrze. I pierdolić te wszystkie głupie gazety, i głupie poradniki. Nigdy więcej nie kupię sobie Cosmopolitan’a. Boże, co ja zrobiłam!
Zerwałam się na równe nogi, i szybko chwyciłam telefon. Zaczęłam wykręcać numer, który już od dawna miałam w pamięci. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci. Sekretarka. Kiedy już miałam zamiar się nagrać, usłyszałam pukanie do drzwi.
- No kurwa mać!- krzyknęłam, żeby stojący za drzwiami dokładnie wiedział, co sądzę o jego odwiedzinach. A co!
Szybko podbiegłam do drzwi, i gwałtowanie je otworzyłam.
A c… co…?
Tre’.
Kiedy tylko usłyszałem złość w jej głosie, miałem ochotę się wycofać. Ale nie po to tutaj przyszedłem. Przez tydzień byłem zły, i wściekły na wszystko. Psułem próby, potykałem się o wszystko co było możliwe. Zdobyłem się jednak na coś, i ruszyłem do Christie.
Kiedy otworzyła drzwi, wyglądała na zdziwioną, i przestraszoną.
- No tak.- powiedziała przykładając dłoń do czoła.- Wejdź.
W środku jak zwykle panował nienaganny porządek. Wszystko było na swoim miejscu. Czasami wydawało się, jakby ustawiała mebla za pomocą kątomierza. Nawet bukiet zasuszonych, białych róż wyglądał jakby był ustawiany; każdy kwiat pod ustalonym kątem odchylał się w prawo lub lewo.
- Wiesz…- zaczęła. Przez chwilę tkwiła oparta o ścianę, zastanawiając się.- Tak właściwie, to chciałam Ci wszystko wyjaśnić.
- Ale że niby co?- spytałem. Boże, jak ja lubię zadawać takie pytania.
- No to całe zajście. Naprawić to jakoś, nie wiem.
- Jak naprawić?- spytałem z uśmiechem, znacznie się do niej przybliżając. Wziąłem kosmyk włosów opadających jej na twarz, i założyłem za ucho. Na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Podniosła wzrok.
Pukanie do drzwi.
Szybko zamrugała, i z powrotem spuściła wzrok. Odwróciła się, i poszła otworzyć. Ze zrezygnowaniem opuściłem ręce.
Szkoda gadać.
Christie.
Ze wściekłością otworzyłam drzwi. No po prostu, to grzech żeby tak ludziom przeszkadzać.
Na zewnątrz stała wysoka, czarnoskóra dziewczyna o krótkich, rudych włosach. Miała na sobie wojskową kurtkę, i obcisłe jeansy, opadające na zniszczone, bordowe trampki.
- Pani Christie Roodney?- spytała lekko zachrypniętym głosem. Kiwnęłam głową.- Ja i pani brat służyliśmy w tym samym pułku. Chwilę przed wybuchnięciem miny… dał mi to.- podała mi niedużą, lekko zniszczoną kopertę. Zaczęłam obracać ją w dłoniach, zastanawiając się, co się w niej znajduje.- Przepraszam, że tak późno to pani daję, ale nasz pułk wrócił niespełna dwa tygodnie temu, a ja nie miałam pani adresu. Do widzenia.
Zamknęłam drzwi, nie odrywając wzroku od koperty. Powoli weszłam do salonu w którym znajdował się Tre’. Jednym ruchem dłoni rozerwałam kopertę. W środku znajdowało się małe zdjęcie. Allyson, jego żony, i moje. Miałam jeszcze blond włosy.
Sięgnęłam do wnętrza koperty. Znajdował się w nim złoty łańcuszek Cast’a, a na nim zawieszony malutki porcelanowy króliczek. Upadłam na podłogę, siadając po turecku. Trzęsącymi dłońmi próbowałam zapiąć łańcuszek na swojej szyi.
Tre’ powoli podszedł do mnie, nie za bardzo wiedząc co się ze mną dzieje. Usiadł naprzeciwko mnie, i zabrał mi łańcuszek. Położył go tuż obok moich rozłożonych kolan. Wziął moją rozdygotaną twarz w dłonie, i spojrzał mi w oczy. Złożył na moich ustach krótki, niedbały pocałunek. Następne stawały się coraz dłuższe, odważniejsze. W przypływie radości lekko przygryzłam jego wargę.
Ach, ta perwersja się ze mnie wylewa.
