Rachel.
Rachel.
Od tygodnia nie żyłam; raczej wegetowałam, jak jakiś kaktus. Piłam kawę, i brałam środki przeciwbólowe. Zaczęły wypadać mi włosy. Mogłam wybierać je całymi garściami. Łamały się paznokcie. Od ponad dwóch tygodni regularnie krwawiłam.
Zrobiłam sobie nawet test ciążowy. Ba, nawet parę razy. Za każdym razem kreseczka robiła się czerwona, uświadamiając mi, że to tylko i wyłącznie ze mną jest coś nie tak. Nigdy, ale to nigdy, nie widziałam się w takim stanie. Skóra była blada jak u trupa, oczy podkrążone wielkimi, czarnymi sińcami. Prawie codziennie otrzymywałam wiadomości od Christie i Mouse. Gdzie jestem, co się ze mną dzieje. Trzy dni temu były nawet pod moim mieszkaniem. Majstrowały coś przy zamku, ale po 20 minutach odeszły.
Zmierzałam powoli w stronę kuchni, po kolejne pudełko tamponów, i kolejny kubek kawy. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Spojrzałam przez judasza.
Nie sądziłam, że się tu jeszcze pojawi. I szczerze mówiąc, miałam taką nadzieję. Czekał ze spuszczoną głową, aż ktoś mu wreszcie otworzy.
- Odejdź, proszę.- powiedziałam cicho, przytulając twarz do drzwi.- Odejdź, i nie wracaj.
Próbował coś powiedzieć. Schował dłonie do kieszeni spodni, i odszedł. Słyszałam, jak zbiegał po schodach. Złapałam się za głowę, czując kolejną falę przeszywającą moją głowę.
Zachwiałam się, jak manekin wystawiony na ulicy. Sam, na pastwę przechodni i ich obleśnych, tłustych paluchów. Próbowałam złapać się wieszaka, nie mogłam jednak go dosięgnąć. Chwilę potem runęłam na ziemię.
BJ.
Dobra, dobra. Skoro tego chciała, odszedłem. Nie chciałem zawracać jej niepotrzebnie głowy. Uznałem po prostu, że warto było się do niej odezwać po tym wszystkim. Minęło przecież tyle czasu… Wiadomo, mogłem to zrobić wcześniej. Ale było mi wstyd. Wstyd, wstyd, i jeszcze raz wstyd. A myślałem, że już nigdy więcej nie będę się musiał wstydzić. Za siebie, za to co mam w spodniach. Mówiłem, że nigdy nie zdradzę mojej żony. Nie zdradzę swoich własnych dzieci.
Wolnym krokiem wyszedłem z kamienicy Rachel. Stanąłem na środku chodnika, i zastanawiałem się, co dalej. Gdzie iść, co powiedzieć. Co wieczór wracam do domu z wizją nagiej Rach, która całkowicie mi się oddała. Nie byłem pewny ale… w nadziei na coś więcej?
Postanawiałem się nie oddalać. Myślałem, że może uda mi się jakoś ją spotkać, i porozmawiać. Skierowałem się w stronę jakiegoś podrzędnego pub’u. Chwiejne, drewniane schodki prowadziły do niedużej spelunki oświetlanej wielkimi, kolorowymi świecami. Ten zapach strasznie mnie drażnił, nie miałem jednak na oku żadnego innego lokalu, więc pozostałem tutaj. Zamówiłem jedno piwo, i powoli zaczynałem je wychylać. Potem następne. Szybko je wypiłem.
Świat zrobił się strasznie kolorowy. Wszystko wokoło była jakoś dziwnie rozmazane, podskakiwało, i mieniło się tysiącami kolorów. Zacząłem sobie coś podśpiewywać, nie pamiętam nawet co.
Wtedy zrozumiałem, co mnie tak naprawdę męczyło. Cały ten czas. Uświadomiłem to sobie, kiedy miałem zbierać się do wyjścia. Podniosłem się z wysokiego, barowego krzesła, kiedy naszła mnie ta myśl. Powoli na nie opadłem, opierając czoło o blat stołu.
Nie kocham Cię Rachel.
Rachel.
Kiedy się obudziłam, moje spodnie były całkiem mokre. Na podłodze znajdowała się wielka, mokra plama krwi. Szybko podniosłam się, i uciekłam do łazienki. Zamknęłam się, i zaczęłam ściągać z siebie spodnie i bieliznę. Założyłam coś czystego, i powoli wyszłam na korytarz; starałam się nie wpaść nogą w krew.
Skierowałam się w stronę kuchni, by jakąś szmatą wytrzeć to wszystko. Zanim to zrobiłam, nalałam sobie szklankę wody i wzięłam jakieś tabletki od bólu głowy. Z resztą, nie tylko. Bolała mnie głowa, brzuch, kręgosłup i szyja. Przejechałam dłonią po włosach. Na palcach unosiła się ich cała garść. Strzepnęłam to z obrzydzeniem do kosza, i powróciłam do wmawiania sobie:
” Nic Ci nie jest, wszystko będzie dobrze, na pewno będzie dobrze, nic się nie dzieje, no już, już”.
Poczułam, jak coś znowu ze mnie wypływa, znika gdzieś na zewnątrz. Chwyciłam jakąś starą szmatę, i zaczęłam wycierać panele w holu. Ścierka wszystko to wsiąkała, pozostawiając czerwone smugi.
Nie mów nikomu, nie mów.
Christie.
Siedzieliśmy na tej okropnie zimnej podłodze jeszcze jakieś 20 minut. Udało mu się jakoś zapiąć ten cholerny łańcuszek na mojej szyi. Opowiedziałam mu o moim bracie, dlaczego tak dziwnie zareagowałam.
Było mi tak dobrze w jego objęciach. Nie był taki jak inni. Zazwyczaj, kiedy facet brał mnie w ramiona, to zaczynał mnie rozbierać.
Pomógł mi wstać, i powlókł w stronę kanapy. Zrzuciłam z niej wszystkie bluzki, spódnice, sweterki, szpilki i papierki. Powoli położyłam się, opierając głowę na stercie zielonych poduszek. On zrobił to samo.
Powoli położył głowę na moim brzuchu. Otarł się o mnie policzkiem, marszcząc zielony podkoszulek. Nie wiedziałam co robić. Było tak cicho.
- Mogę?- spytałam. Spojrzał na mnie dziwnie, nie wiedząc o co mi chodzi.
- Ale że co?- to jest chyba jakaś jego pasja. Nauczyć Go poprawnie zdania układać, ot co.
- Nie chcę Ci zepsuć fryzury.- powiedziałam uśmiechając się.
- A co tam. Dajesz.
Powoli położyłam dłoń na jego głowie. Przejechałam nią po irokezie, całkowicie go niszcząc. On położył swoją dłoń na moim brzuchu. Palcami rysował jakieś dziwne wzroki, przyprawiając mnie o dreszcze.
Leżeliśmy tak w ciszy. Żadne z nas się nie odzywało; słyszeliśmy tylko oddechy, przejeżdżające za oknem samochody, gwar przechodniów, krzyk małolatów wracających ze szkoły. Włożył dłoń pod moją koszulkę. Jego ciepło ogrzewało mój zmarznięty brzuch.
Zasnęłam.
Mouse.
W głuchym pokoju odezwał się telefon. Spojrzałam na zegarek. Była już 2 p.m, a ja nadal na nogach. Nie chciało mi się wstawać, więc poczekałam, aż włączy się sekretarka. Usłyszałam jakieś rzężenie, a potem słaby, kobiecy głos. Nie mogłam rozróżnić słów, tak zamazany się wydawał. Podeszłam bliżej.
- Jezu Chryste, odbierz, proszę. To ja. To naprawdę ja.- usłyszałam.
- Rachel?- zapytałam.
- Przyjeżdżaj. I to szybko.
Nie zdążyłam jej zapytać, o co chodzi. Nagle, połączenie zostało zerwane, zamiast głosu Rach, usłyszałam krótkie, powtarzające się telefoniczne sygnały.
Nie myśląc długo, zaczęłam ściągać z siebie piżamę. Wskoczyłam w dżinsy, i jakiś luźny, rozciągnięty zielony sweter. 15 minut nie mogłam znaleźć butów. Kiedy w końcu je znalazłam, była 2:45.
Zarzucając na siebie kurtkę, i okręcając szyję szalikiem, zbiegłam po schodach. Wiatr wiał niemiłosiernie, mróz szczypał rozgrzaną twarz. Biegiem przekroczyłam ruchliwą ulicę, przyprawiając nocnych kierowców o zawał serca.
Szybko wskoczyłam do rozklekotanego Morris’a, i zapaliłam silnik. Z piskiem opon wjechałam na jezdnię, o mało nie potrącając jakiejś babci z psem. Z komórką przy uchu, zadzwoniłam do Christie.
Zaparkowałam samochód, i szybko weszłam do starej kamienicy Rachel. Łydki bolały mnie od tych ciągłych biegów, i zmian kierunków; mimo to próbowałam dostać się do niej jak najszybciej.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
