ajcook
All om mig

Sugar.

Christie.

Gdzie się podziała Rachel?- pomyślałam. Gdzie się podziały tamte oczy, powodujące że faceci dostawali erekcji? Gdzie jest tamto ciało, uśmiech.
Siedziała całkiem naga w wannie. Po białej skórze przebiegały dreszcze, wstrząsające nią coraz bardziej. Drobne włoski na rękach stanęły dęba, uświadamiając nam tylko to, jakie zimno musiała czuć.
Mouse nieśmiało zbliżyła się do niej, kładąc swoją dłoń na jej ramieniu. Rach ledwo uniosła głowę, trzymając się za szyję, która odmawiała posłuszeństwa. Mysza spuściła głowę, spoglądając do głębokiej wanny. Spuściła głowę, chowając ją w dłoniach. Ruchem dłoni przywołała mnie do siebie.
Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Nigdy. Całe wnętrze wanny było we krwi. Krwi Rachel.
- O co tu chodzi? Ty chyba nie…- zaczęłam. Czarnowłosa wychwytywała z trudem słowa.
- Nie. Nie jestem w ciąży. Ja…
- Ty byłaś w ciąży?- wypaliła Mouse. Naga dziewczyna, drżącą ręką otarła czoło. Wyglądała, jakby miała zwymiotować, albo rozpłakać się. Nie wierzyłam. Cicho modliłam się, żeby zaprzeczyła.
- Dlaczego mnie męczycie?!- wybuchnęła.- Nie jestem, i nie byłam! Zabierzcie mnie z tego cholernego mieszkania! Gdziekolwiek- zakończyła, już prawie szeptem.
Wpadłyśmy w panikę. Nie wiedziałyśmy co robić. Teraz wiem, że rozsądniej byłoby wezwać karetkę. My jednak, postanowiłyśmy załatwić to inaczej. Mimo, że była już prawie 4:00 a.m, na mieście nadal utrzymywały się gigantyczne korki. Karetka dojechałaby za pół godziny, może nawet więcej.
Zaczęłam kalkulować wszystko w myślach. Szpital znajdował się cztery przecznice dalej. Gdybyśmy zmieniały się co jakiś czas, i robiłybyśmy to szybko, dobiegłybyśmy w jakieś… 10 minut. Plus główne rondo, 5 minut.

Zarzuciłyśmy na nią jakieś ciuchy, i gruby, puchowy płaszcz. Szyję obwiązałyśmy szalikiem. Ja miałam zaczynać. Powoli uniosłam ją na ręce. Głowa bezwładnie odchyliła się do tyłu.
Ze stukotem szpilek wypadłam na ulicę. Wpadłam na jakiegoś kolesia, który miał tak znajome spojrzenie. Podszedł do Rach, i pogłaskał jej policzek. Powoli przekazałam ją w jego objęcia. Kiwnęłyśmy głową.
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś biegł tak szybko. Po paru sekundach zniknął za skrzyżowaniem ulic.
Gazu Billie, gazu.

Tre’.

Kurwa.
Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa. Jestem idiotą. Kompletnym idiotą. Powinienem teraz podejść do ściany, i zacząć uderzać w nią głową.
Ona mi tego nie wybaczy. Co mam jej powiedzieć? No co? “Przepraszam, ale twój tatuś jest debilem. Wieeeesz?”. Nawet w to by nie uwierzyła. Teraz, to już mogę wsadzić sobie całe nadzieje o zaufaniu.
- Przepraszam Cię, przepraszam, miałem tyle rzeczy na…
- Czy ty w ogóle jeszcze pamiętasz jak wyglądam?- zapytała, przerywając mi. Cholera, czy ona musi wszystkim przerywać w ten sposób? Takimi pytaniami?
No tak. Przecież ona ma to po mnie.
- Głupie pytanie.- odpowiedziałem. Próbowałem jakoś załagodzić sytuację. Chociaż raz być poważnym.
Nigdy się tak nie czułem. Zobaczyłem w jej dużych oczach pierwsze łzy. Próbowała nie płakać, widziałem to. Zacisnęła mocniej pięści, ściskając w dłoni królika. Pierwsza łza spłynęła po jej policzku, a ona natychmiast zakryła to włosami.
- Zapomniałeś mnie odebrać z lotniska. I wiesz co?
Zapadła kompletna cisza. Usłyszałem ciche tykanie własnego zegarka.
- Czasami sobie myślę, że lepiej byłoby nie mieć ojca.
Odbiegła.

Mouse.

Pięć minut później znalazłyśmy się w szpitalu. Mimo późnego wieczoru, na korytarzu było okropnie tłoczno. Duchota i obawa przed tym, co stało się Rachel, powodowała, że na naszych czołach pojawiały się drobne kropelki potu.
Znalazłyśmy Go. Siedział w kącie długiego korytarza. Obok niego znajdowały się dwa wolne krzesła, zajęte przez niego- dla nas.
Nikt ze sobą nie rozmawiał. Byliśmy chyba zbyt zmęczeni dzisiejszym dniem. Christie cały czas miała rozmarzony- acz zmartwiony- wyraz twarzy. BJ wpatrywał się gdzieś w przestrzeń. Chwilę potem wyjął telefon i zadzwonił do żony. Cieszył się, kiedy z nią rozmawiał. Pytał o chłopców; gdzie są, jak się czują. Wkurzyłam się. Przespał się z nią, a teraz gada z Adrienne.
Miałam ochotę wyrwać mu tą komórkę, i wykrzyczeć mu to w twarz. Myślałam jednak o czymś innym. O kimś innym.
Jedna myśl ciągle zaprzątała mi głowę: czy coś z tego wyjdzie? On ma dziewczynę. Kiedy byli razem, widziałam, że naprawdę ją kocha. Widziałam to w błękicie jego oczu. Tym anielskim błękicie. No. To teraz wiem, jaki kolor wybrać na ściany w mieszkaniu. Błękit.
Chwilę potem oprzytomniałam. Znów do moich uszu dobiegł gwar ludzi czekających w poczekalni, płacz małych, wystraszonych dzieci.
Christie zakryła uszy dłońmi. Starała odciąć się od tego płaczu. Od dzieci. Od każdej małej istoty. Tej narodzonej, i nie. Zapomnieć.
Stanął przed nami jakiś lekarz. Na początku żadne z nas Go nie zauważyło, nadal wpatrywaliśmy się w przestrzeń, jakiś punkt w niej zawieszony. Mężczyzna w białym kitlu położył swoją dłoń na moim ramieniu. Podskoczyłam do góry jak oparzona.
- Pani Mouse Shazzer?- zapytał miękkim, przyjemnym głosem lekarza.
- Tak. To ja.
- Nasza pacjentka, Rachel Annes, cały czas wymawiała pańskie imię i nazwisko.
- Och… Co z nią?- spytałam w końcu, mając dość tej głupiej gadaniny.
- Udało nam się zatrzymać krwotok. Póki co, jej stan jest stabilny.- poczułam niesamowitą ulgę. Mężczyzna jednak ciągnął dalej.- Niestety, jest też zła wiadomość. Proszę to przeczytać.
Podał mi duży, biały arkusz kart. Widziałam nazwisko: Rachel Annes, i wszystkie badania, ich nazwy, wyniki. Diagnoza…
Nie.

Mike.

Powoli wszedłem do domu. Światła były pozapalane, co oznaczało, że Brit jest w domu. Ściągnąłem kurtkę, i spuściłem mój nowy nabytek ze smyczy. Malutki jeszcze, czarny dog niemiecki wbiegł do salonu, radośnie witając się szczekaniem ze swoją panią. Wzięła go na ręce, i zaczęła głaskać. Jock zaczął wydawać radosne pomruki pełne przyjemności.
Postanowiłem to wszystko dzisiaj zakończyć. To nie było w porządku. Spotykałem się z kimś od dwóch tygodni, oszukując samego siebie.
Odwróciła się, i pomachała mi z uśmiechem na twarzy. Wiem, ile przeszkód musiała pokonać, aby się ze mną dzisiaj spotkać.
- Brit… musimy pogadać.- zacząłem, starając się przeprowadzić to bez kłótni i awantur.- Ja… my… kurwa.- zatrzymałem się na chwilę, próbując znaleźć odpowiednie słowa.- Nie chcę oszukiwać ani Ciebie, ani samego siebie. Nie mamy dla siebie czasu, zapominam o tobie. Poznałem kogoś, i ja… Jeśli chcesz, wyprowadzę się, wiem, stawiam Cię w takiej sytuacji i…
Usłyszałem jej cichy szloch. Bez słowa wyszła do sypialni. Z hukiem otwarła szafę, wysypując z niej swoje rzeczy.
20 minut później zbierała się do wyjścia.
- Nie Mike. To jest twój dom. Ja mam mieszkanie, poradzę sobie. Mam nadzieję, że nie wyrzucisz tego tak szybko z pamięci. Mam nadzieję

Comments are closed.