My generation!
Kiedy nasze usta lekko się musnęły, zrozumiałam, że nie mogę tego zrobić. To wszystko dzieje się po prostu za szybko. Nie tędy droga.
Odwróciłam szybko głowę, i wstałam zabierając z zimnej ławki torebkę. Byłam trochę skołowana. Nie wiem, czy przez jego wyraz twarzy, czy przez całą butelkę wina. No i pewnie pomyśli że jestem…
” I chciała by, i boi się. I boi się chciała być”.
Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak mi się przypomniało. Długo wpatrywałam się w jego zamyśloną, jakby wybudzoną z letargu twarz, szukając odpowiednich słów. Nie chciałam Go spławić, ot tak. Chciałam mieć jeszcze jakąś szansę. Malutką, ale mieć.
- Ja… Postaram się to szybko powiedzieć, tak żeby się nie wywrócić przez to wino.- wypaliłam. Pijaczko głupia, ty.
- No słucham.- wsparł głowę na dłoniach, przyglądając mi się z wyraźnym rozbawieniem. No z czego rżysz chamie.
- Jestem pijana. Nie będę nic jutro pamiętać. Nie znam Cię prawie w ogóle. To…- i tak jesteś głupia, i nie zmienię o tobie zdania.- pa.
Odwróciłam się na pięcie, i ruszyłam przed siebie. Odwróciłam jeszcze raz głowę i spojrzałam na Tre’. Śmiał się.
Nie wiem czemu, ale strasznie mnie rozbawiła. Pomyślałem nawet, że jest słodka. Miała taki niezdecydowany wyraz twarzy, zagubiony… Ale cholera, już prawie miałem kogoś na serio. Cholera no.
Patrzyłem jak odchodzi. Zielone obcasy szpilek miarowo stukały o zimny chodnik. Ja nie mogę, jeszcze żadna dziewczyna się tak nie zachowała przy mnie. Zazwyczaj po prostu całowały, a potem do łóżka. A teraz? Coś mi się widzi, że sobie jeszcze poczekam troszki…
Pachniała czekoladą. O kurczaki, Tre’ odwala Ci. Kompletnie Ci odwala. Co z tego że pachniała czekoladą? No co?
Lubię czekoladę. Czekoladki w czerwonych płaszczach. Sztruksowych płaszczach.
Tyłek przymarzał mi już do parkowej ławki, więc powoli wstałem i ruszyłem w stronę samochodu. Tylko tak właściwie to gdzie on stał?
Po 15- to minutowych poszukiwaniach, wsiadłem w końcu do samochodu. Kiedy miałem już zamiar go odpalić, zadzwoniła komórka. Zacząłem grzebać po kieszeniach, a i tak jej nie znalazłem. Leżała na siedzeniu.
Kurwa, ja się nie dziwię, że mówią o tobie idiota.
- Czego?!- krzyknąłem do słuchawki. Nie słyszałem niczego prócz głośnej muzyki i czyjegoś śmiechu. Armstrong.
- Przyjeżdżaj kochanie, jest palenie i dziewczynki…- wykrzyczał do słuchawki.
- Ty masz żonę.
- Serio?!
Weszłam do mieszkania Rachel (kurde, dobrze że jej kluczy nie oddałam), i w przejściu rzuciłam na podłogę płaszcz. Weszłam po prostu do kuchni, nie zważając na jej zdziwioną minę, i wyciągnęłam z lodówki wodę. Niestety, mój stan spowodował, że zamiast do ust, trafiłam sobie butelką w oko. Zawyłam żałośnie, i usiadłam na wysokim, barowym krześle. To stała z trochę zniesmaczoną miną w drzwiach, i jadła marchewkę.
- Co, użalamy się nad sobą dzisiaj razem?- spytała. Tak. Miałam ochotę sobie popłakać, i po użalać się nad swoim niecnym losem.
Usiadła naprzeciw mnie, i spojrzała mi w oczy. Opowiedziałam jej całą historię. O tym jak byliśmy w barze, o ławeczce w parku, o tym “prawie” pocałunku. Ta uczciwie słuchała, chociaż widziałam, że oczy same jej się zamykały. Nie myśląc długo, po prostu wstałam, i skierowałam się do wyjścia. Teraz żałuję że poszłam.
Ulice były puste, a powietrze lodowate. Myślałam, że nic ciekawego już mi się nie przydarzy. Było około pierwszej nad ranem.
Z uciechą weszłam do swojego – bądź-co-bądź – dużego mieszkania. Strasznie raziła mnie ta biała przestrzeń, ale nie mogłam powiedzieć, że go nie lubię. No dobra, było obleśne. Ale miało to cholerne coś.
Wlazłem do domu Mike’a. Pierwsze co we mnie uderzyło to dym. I bynajmniej nie z papierosów. I w dodatku na pewno nie było to grono naszych znajomych…
Mike’a nie było. Albo był w kiblu, albo rzygał gdzieś po kątach. Raczej to drugie. Coś mi się widzi, że nawet ja nie wytrzymam tej imprezy.
Nie. Nie mogłem w to uwierzyć. No dobra, był zalany, ale co mnie to obchodzi. Na kolanach BJ’a siedziała jakaś dziwka. Zwykła kurwa. Ruszyłem w jego stronę.
Spojrzał na mnie dość tępawo, i przewrócił ostentacyjnie oczyma wskazując na dziewczynę. Wziąłem pannę pod rękę, i zrzuciłem z Billie’go. Coś tam krzyczała, ale nie zwracałam na nią uwagi. Przyjaciela chwyciłem za koszulę, i wyprowadziłem z głośnego pokoju.
- Co ty odpierdalasz?!- krzyknąłem mu w twarz.
- Nic. Bawię się.- wkurza mnie.
- Ty masz żonę, człowieku!- puknąłem go w czoło. Spojrzał na mnie, i zjechał po ścianie w dół.
Szkoda gadać.
Upadłam na moją lekko zakurzoną kanapę. Powoli zaczynałam zasypiać, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Za nimi stała zakapturzona postać w zielonej, wojskowej pelerynie. Nie mogłam zrozumieć, co wojskowy robi u mnie w domu. No, przed domem. Przed mieszkaniem. Drzwiami. Czy czymś takim.
- Kim pan jest?- spytałam rozespanym głosem.
- Czołem siostro!- z kaptura wysunęła się blond włosa głowa Shirley’a. Tak. To mój brat. Uścisnął mnie, i w tym uścisku przeniósł mnie do salonu. Wprost zanosiłam się od śmiechu.
Zrzucił z siebie pelerynę. W pierwszej chwili mnie zatkało. Nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Przypomniał mi się Cast, mój drugi brat. Nie mogłam pozwolić Shirley’owi, żeby podzielił jego los.
- Dlaczego?
