ajcook
All om mig

Archive for Maj 12th, 2010

Bliżej…

śr ,12/05/2010

Po małym zastoju, nowa notka.
Kurczaki, ale mi się dobrze pisze no.
Kurwa no.

Głupio wpatrywałam się w bar. Ja nie chcę się z nikim wiązać. Pewnie, seksu by się trochę przydało. Ale ja po prostu nie potrafię zapomnieć. Nie wiem, czy będę potrafiła powiedzieć mu prawdę. Przecież tyle rzeczy się ostatnio wydarzyło. I to przede wszystkim same problemy.
A może wyjdę? Ucieknę? Nie, to nie jest dobre wyjście. Kurcze, dlaczego ta komórka nigdy nie dzwoni, kiedy przydałoby się? Gdyby to była któraś z dziewczyn, to zapytałabym co robić. Ale po co, gdzieżby. Pewnie siedzą sobie gdzieś razem, i piją wino. No dobra, ja też pije wino. ALE CO JA KURWA MAM ROBIĆ?!
Dzwoń komórko jebana. No dzwoń kurwo.
Spojrzałam na niego. Nadal czekał.
- Nie. Nie mam nikogo, ale ja po prostu…- zaczęłam się plątać. Jaki kit mu wcisnąć? Sprawa rozwodowa? Choroba weneryczna? Jaka kurwa znowu choroba?!
- Proooszę…- uśmiechnął się. A tam, pierdolić. Wzięłam jakąś kartkę leżącą na barze, i zapisałam na niej numer. Przecież to, że mu daje numer nic nie oznacza. Chyba. A jeśli coś oznacza?

Długo się zastanawiała. No, ale dzięki mojemu wrodzonemu urokowi osobistemu, dała mi ten numer. Szybko wsadziłem kartkę do kieszeni garnituru, i zacząłem normalnie rozmawiać. Gadaliśmy o muzyce, o pracy…
No, no, ładnie trafiłem. Słucha tylko Diany Krall, i Beatles’ów. No cóż, ja tam wole co innego, ale przynajmniej nie słucha Britney Spears, albo Avril Lavigne.
Cholera, jaką ona ma mocną głowę. Wypiła już prawie butelkę wina, i dalej nic. Cały czas uśmiecha się trochę nieprzytomnie, i śmieje się. To ze mnie, to z siebie.
Cholera. Komórka mi dzwoni.
- Wybacz na chwilę.- odszedłem od baru, w jakieś cichsze miejsce. Tam gdzie siedzieliśmy, cały czas dudniła muzyka.
Stanąłem pod męską ubikacją, i szybko odebrałem telefon.
- Czego?- spytałem starym zwyczajem.
- Tre’, gdzie ty jesteś?- usłyszałem głos Mike’a.
- A zdziwisz się, jeśli powiem że na randce?- położyłem nacisk na ostatnie słowo. A on nic. Tylko się zaśmiał. Kurde, przecież ja też mogę się umawiać z dziewczynami. Czy ja jestem jakiś inny czy co? No dobra. Nie było pytania.
- Dobra, dobra, ale my mieliśmy mieć próbę dzisiaj.- uderzyłem się dłonią w czoło. Na śmierć zapomniałem. No cóż, najwyżej odwiozę ją do domu, i pojadę do Armstrong’a.

Pod jego nieobecność wypiłam resztę wina. Dobra. Nie piję już więcej. Jestem pijana, i to cholernie pijana. Łof, dobrze że po mnie tego nie widać tak bardzo. Tylko ciekawe czy dojdę do drzwi po prostej linii.
Wracał już. Chyba to coś ważnego, bo już się tak nie uśmiechał. Usiadł na wysokim, barowym stołku, i głęboko odetchnął.
- Wiesz… Ja muszę lecieć. Mam próbę z chłopakami.- no to z seksu nici.
Zaczęliśmy się zbierać. Wzięłam swój płaszcz, i pośpiesznie nałożyłam go na siebie. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, w twarz uderzył mi powiew zimnego powietrza. Starym zwyczajem spojrzałam w niebo.
O Boże. Dawno nie było takie piękne. Mieniły się na nim miliony gwiazd, a na samym środku widniał wielki, okrągły księżyc. Gdzieś w górze z hukiem przeleciał samolot, migający kolorowymi światełkami.
Spadająca gwiazda nad San Francisco. Wypowiedz życzenie, wypowiedz je!
Żeby wszystko się ułożyło. I to szybko. Żeby przyszła jakaś wiadomość, chociaż jedna pozytywna wiadomość. Żeby ktoś mnie pokochał.
Żebym miała się z kim kochać.
Spojrzałam na Tre’, idącego obok mnie.
Hmm…

Przyglądała mi się. Odwróciłem głowę, i nasze oczy się spotkały. Jak na komendę odwróciliśmy głowy w inne strony. Ja patrzyłem na jakiś budynek, ona w szary chodnik. Przez chwilę zapanowała niezręczna cisza. Szybko napomniałem coś o San Francisco, i rozmowa wróciła na dawne tory. Gadaliśmy o naszych ulubionych miejscach.
- Widzisz to wzgórze w parku?- wskazała palcem na wielki park, i mały pagórek na nim. Na samej górze znajdowała się mała, rzeźbiona ławka.
- Widzę.
- To jest moje ulubione miejsce. Widać stamtąd całe San Francisco, i więcej. I niebo jest śliczne.- podniosłem jedną brew. Nie wiem czemu, ale przypominała mi taką małą, zagubioną dziewczynkę. Oczy jej błyszczały, twarz była rozpromieniona.
- Jak chcesz, możemy tam iść.- zaproponowałem. Nic nie odpowiedziała, tylko przebiegła przez ulicę, rzuciła się w stronę pagórka. Chwilę potem stała już na nim, wpatrując się w gwiazdy. Ty, rzeczywiście, ładnie tu.
Cholernie ładnie.

Opadłam na ławkę, i oparłam głowę o jej oparcie. Dawno nie było tak pięknie. O! Następna spadająca gwiazda!
Tre’ usiadł obok mnie. Teraz gadaliśmy o gwiazdach. I o tym co chcielibyśmy robić w przyszłości. On oczywiście ma zamiar nadal zajmować się muzykę. A kiedy zapytał co ze mną, nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć. Mam tyle marzeń… Odpowiedziałam więc, że jeszcze się nie zdecydowałam, tyle mam propozycji.
Nie zauważyłam, że znacznie się do mnie przysunął. Nadal wpatrywałam się w gwiazdy, i światła San Francisco.
Obróciłam się, żeby o czymś mu powiedzieć. Nawet nie za bardzo wiem o czym.
Jego usta były tak blisko…
Bliżej…