ajcook
All om mig

Archive for Maj, 2010

Christie.

sob ,29/05/2010

Christie.

Około pierwszej otworzyłam oczy. W pokoju było całkiem ciemno. Tykanie zegarka i brzęczenia muchy wydawało się rozrywać ten idealny ład. Zaczęłam się w to wszystko wsłuchiwać. Słyszałam miarowy oddech, i czułam ciężar głowy Tre’ na brzuchu.
Po omacku szukałam jego twarzy. Delikatnie dotknęłam dłonią jego policzka. Lekko się poruszył, a potem podniósł głowę. Nadal nic nie widziałam. Wpatrywałam się w miejsce, w którym powinien znajdować się biały sufit.
Przysunął się do mnie, a ja oparłam głowę o jego ramię. Tym razem to ja się do niego przytuliłam, chłonąc jego zapach. Żałowałam, że nie pozwoliłam na to wcześniej.
Poczułam jego pocałunki na czole, skroni, policzku i ustach. Długi, namiętny pocałunek o smaku czekolady. Połykałam smak swojego błyszczyka. Smak jego ust, tak inny od tych wszystkich. Ściągnął ze mnie podkoszulek. Poczułam, jak moje piersi ocierają się o materiał jego koszuli. Poczułam jego ciepłe pocałunki na obojczyku. Wędrowały coraz niżej, zatrzymując się na piersiach. Czułam jego ciepły oddech, tak przyjemny. Miałam gęsią skórkę, czułam lekkie dreszcze na policzkach.
Zabierał się do rozpinania rozporka moich spodni. Stanowczym ruchem zatrzymałam jego rękę.
- Nie chcesz?- spytał, a ja wychwytywałam słowa z ciemności.
- Nie. Poczekajmy jeszcze trochę. Proszę.- odpowiedziałam słodkim głosikiem.- szybko się podniósł. Leżeliśmy obok siebie twarzą w twarz. Odwróciłam się do niego nagimi plecami. Objął mnie, i przyciągnął do siebie.
Zamknęłam oczy.

Tre’.

Podniosłem rękę tak, by tego nie poczuła. Szukałem jakiegoś włącznika światła, czy czegoś takiego. Wiem, że za naszymi głowami znajdowała się wysoka, srebrna lampa z dużym, białym kloszem.
Jednym, szybkim ruchem włączyłem światła, wydając z siebie krzyk pełen podziwu dla samego siebie. Szybko mrużyła oczy, oślepiona snopem jasnego światła. Zakryła je dłońmi, próbując uciec od jasności. Chwilę potem otworzyła szeroko oczy, spoglądając na mnie pytająco.
A ja tylko na nią patrzyłem. Na jej białe, nagie plecy i piersi.
- I tylko po to włączyłeś światło, głupia pało?- spytała ze śmiechem.
- Tylko nie pało.- odpowiedziałem, unosząc lubieżnie jedną brew do góry.

Szybko założyła podkoszulek, siadając po turecku na kanapie. Rzuciła mi skórzaną kurtkę, a ja powoli ją włożyłem. Nie chciałem iść, ale musiałem pokazać się dzisiaj w domu. Pocałowałem ją w policzek, i ruszyłem w stronę korytarza. Odwróciłem się, a ona pomachała mi, bezgłośnie mówiąc “dobranoc”.
Cieszyłem się jak małe dziecko. Po dwóch tygodniach prób, udało mi się. W końcu kogoś mam. Kogoś, kogo będę mógł pokochać. Mam nadzieję.

Nacisnąłem klamkę domu, starając się zrobić to jak najciszej, i najszybciej. Wszędzie było ciemno, miałem więc taką nadzieję, że nikogo nie spotkam.
Zapaliłem małą lampkę w salonie, żeby móc zlokalizować schody. Kiedy miałem już ją zgasić, usłyszałem tupot na schodach. Szybko się obróciłem, spodziewając się każdego, tylko nie jej.
Patrzyła na mnie dużymi, zeszklonymi oczyma. W prawej dłoni trzymała starego, połatanego króliczka. Długie, sięgające pasa włosy spływały po jej ramionach.
- Cześć TATO.

Christie.

15 minut po wyjściu Tre’ zadzwonił telefon. Chciałam szybko odebrać, chcąc jak najszybciej spławić dzwoniącego. Oczy się zamykały, co chwila z moich ust wydobywały się długie ziewnięcia. Prawie nieprzytomna i zarazem podniecona dzisiejszymi wydarzeniami, podniosłam słuchawkę.
- Tak?- zapytałam, w nadziei na szybką odpowiedź. Przez chwilę słyszałam huk ulicy, i terkotanie silnika.
- To ja, Mouse.
- O co…
- Nie przerywaj mi jak mówię- zaczęła. Wyczułam, że coś jest nie tak. Nigdy nie dzwoniła do mnie tak późno (no, może kiedy była pijana, albo zrobiła sobie kolczyk w DZIWNYM miejscu).- Jadę teraz do Rachel. Coś jest z nią nie tak. Pamiętasz jak byłyśmy pod jej mieszkaniem? No właśnie. Chyba coś jej się stało. Leć tam, ja też zaraz będę.
Odłożyłam słuchawkę. Nie myśląc długo, wrzuciłam na siebie jakąś bluzę, a na nogi założyłam szpilki.
Szybkim ruchem zerwałam z wieszaka płaszcz, o mało go nie rozrywając. Zbiegając po schodach, próbowałam założyć drugi rękaw, i jakoś się pozapinać. Owinęłam szyję szalem, włosami próbowałam przysłonić twarz, wystawioną na pastwę zimna, i-choć małych- lodowatych płatków śniegu.
Szybko przebiegłam dwie przecznice dzielące mnie od kamienicy Rach. Próbowałam dostrzec Morris’a Mouse, nigdzie jednak go nie było. Postanowiłam nie czekać, i wbiegłam do środka. Stare, drewniane schody skrzypiały pod naciskiem stóp, poręcze kołysały się na prawo i lewo. Usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Poczułam jak coś szarpie mnie do tyłu, prawie zrzucając ze schodów. Na moje szczęście, wylądowałam w ramionach bladej jak ściana Mouse. Bez słowa wyjaśnień gestem kazała mi biec na górę.
Kiedy stanęłyśmy na piętrze Rachel, próbowałyśmy usłyszeć jakieś niepokojące dźwięki. Delikatnie stawiając stopy, starając się nie wydać żadnego dźwięku, podeszłyśmy pod drzwi. Delikatnie przyłożyłyśmy uszy do drzwi. Jedyne, co było niepokojące, to rozrywająca uszy cisza.

Mouse.

Nacisnęłam klamkę. Usłyszałam szczęknięcie zamka.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to straszny burdel. Po podłodze walały się czyjeś włosy, i obgryzione paznokcie. Wieszak był przewrócony, szafa otwarta- pięknie ukazując nam jej nieuporządkowaną zawartość.
Stanęłam jak wryta. Czułam przerażenie pulsujące w moich wnętrznościach, próbujące wydostać się na powierzchnię, w postaci krzyku. Stałam w wielkiej plamie zaschniętej krwi. Christie przytknęła dłoń do ust, i spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem.
Bez słowa udała się na poszukiwania Rach. Sprawdziłam kuchnię, i jej sypialnię. Wszędzie pusto, niesamowicie cicho. Spojrzałam na jej poduszkę. Była cała w maleńkich plamkach krwi, i czarnych włosach.
Usłyszałam cichy krzyk Roodney. Stała w drzwiach łazienki z rozdziawionymi ustami, trzęsącymi dłońmi. Dotknęłam jej ramienia, próbując dostać się do łazienki. Przesunęła się o krok, i pokazała mi to, czego nikt z nas nie chciałby zobaczyć.
Zatkało mnie. Nie wierzyłam, że kobieta, która miała wszystko, mogła tak wyglądać. Biała skóra, puste oczy lalki. Włosy były przerzedzone, kilka z nich znajdowało się na nagich ramionach. Podeszłam do wanny i dotknęłam jej ramienia. Z trudem podniosła głowę, łapiąc się za szyję.

P.S: Udławiłam się tymi świętami.

Sugar.

czw ,20/05/2010

Christie.

Gdzie się podziała Rachel?- pomyślałam. Gdzie się podziały tamte oczy, powodujące że faceci dostawali erekcji? Gdzie jest tamto ciało, uśmiech.
Siedziała całkiem naga w wannie. Po białej skórze przebiegały dreszcze, wstrząsające nią coraz bardziej. Drobne włoski na rękach stanęły dęba, uświadamiając nam tylko to, jakie zimno musiała czuć.
Mouse nieśmiało zbliżyła się do niej, kładąc swoją dłoń na jej ramieniu. Rach ledwo uniosła głowę, trzymając się za szyję, która odmawiała posłuszeństwa. Mysza spuściła głowę, spoglądając do głębokiej wanny. Spuściła głowę, chowając ją w dłoniach. Ruchem dłoni przywołała mnie do siebie.
Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Nigdy. Całe wnętrze wanny było we krwi. Krwi Rachel.
- O co tu chodzi? Ty chyba nie…- zaczęłam. Czarnowłosa wychwytywała z trudem słowa.
- Nie. Nie jestem w ciąży. Ja…
- Ty byłaś w ciąży?- wypaliła Mouse. Naga dziewczyna, drżącą ręką otarła czoło. Wyglądała, jakby miała zwymiotować, albo rozpłakać się. Nie wierzyłam. Cicho modliłam się, żeby zaprzeczyła.
- Dlaczego mnie męczycie?!- wybuchnęła.- Nie jestem, i nie byłam! Zabierzcie mnie z tego cholernego mieszkania! Gdziekolwiek- zakończyła, już prawie szeptem.
Wpadłyśmy w panikę. Nie wiedziałyśmy co robić. Teraz wiem, że rozsądniej byłoby wezwać karetkę. My jednak, postanowiłyśmy załatwić to inaczej. Mimo, że była już prawie 4:00 a.m, na mieście nadal utrzymywały się gigantyczne korki. Karetka dojechałaby za pół godziny, może nawet więcej.
Zaczęłam kalkulować wszystko w myślach. Szpital znajdował się cztery przecznice dalej. Gdybyśmy zmieniały się co jakiś czas, i robiłybyśmy to szybko, dobiegłybyśmy w jakieś… 10 minut. Plus główne rondo, 5 minut.

Zarzuciłyśmy na nią jakieś ciuchy, i gruby, puchowy płaszcz. Szyję obwiązałyśmy szalikiem. Ja miałam zaczynać. Powoli uniosłam ją na ręce. Głowa bezwładnie odchyliła się do tyłu.
Ze stukotem szpilek wypadłam na ulicę. Wpadłam na jakiegoś kolesia, który miał tak znajome spojrzenie. Podszedł do Rach, i pogłaskał jej policzek. Powoli przekazałam ją w jego objęcia. Kiwnęłyśmy głową.
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś biegł tak szybko. Po paru sekundach zniknął za skrzyżowaniem ulic.
Gazu Billie, gazu.

Tre’.

Kurwa.
Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa. Jestem idiotą. Kompletnym idiotą. Powinienem teraz podejść do ściany, i zacząć uderzać w nią głową.
Ona mi tego nie wybaczy. Co mam jej powiedzieć? No co? “Przepraszam, ale twój tatuś jest debilem. Wieeeesz?”. Nawet w to by nie uwierzyła. Teraz, to już mogę wsadzić sobie całe nadzieje o zaufaniu.
- Przepraszam Cię, przepraszam, miałem tyle rzeczy na…
- Czy ty w ogóle jeszcze pamiętasz jak wyglądam?- zapytała, przerywając mi. Cholera, czy ona musi wszystkim przerywać w ten sposób? Takimi pytaniami?
No tak. Przecież ona ma to po mnie.
- Głupie pytanie.- odpowiedziałem. Próbowałem jakoś załagodzić sytuację. Chociaż raz być poważnym.
Nigdy się tak nie czułem. Zobaczyłem w jej dużych oczach pierwsze łzy. Próbowała nie płakać, widziałem to. Zacisnęła mocniej pięści, ściskając w dłoni królika. Pierwsza łza spłynęła po jej policzku, a ona natychmiast zakryła to włosami.
- Zapomniałeś mnie odebrać z lotniska. I wiesz co?
Zapadła kompletna cisza. Usłyszałem ciche tykanie własnego zegarka.
- Czasami sobie myślę, że lepiej byłoby nie mieć ojca.
Odbiegła.

Mouse.

Pięć minut później znalazłyśmy się w szpitalu. Mimo późnego wieczoru, na korytarzu było okropnie tłoczno. Duchota i obawa przed tym, co stało się Rachel, powodowała, że na naszych czołach pojawiały się drobne kropelki potu.
Znalazłyśmy Go. Siedział w kącie długiego korytarza. Obok niego znajdowały się dwa wolne krzesła, zajęte przez niego- dla nas.
Nikt ze sobą nie rozmawiał. Byliśmy chyba zbyt zmęczeni dzisiejszym dniem. Christie cały czas miała rozmarzony- acz zmartwiony- wyraz twarzy. BJ wpatrywał się gdzieś w przestrzeń. Chwilę potem wyjął telefon i zadzwonił do żony. Cieszył się, kiedy z nią rozmawiał. Pytał o chłopców; gdzie są, jak się czują. Wkurzyłam się. Przespał się z nią, a teraz gada z Adrienne.
Miałam ochotę wyrwać mu tą komórkę, i wykrzyczeć mu to w twarz. Myślałam jednak o czymś innym. O kimś innym.
Jedna myśl ciągle zaprzątała mi głowę: czy coś z tego wyjdzie? On ma dziewczynę. Kiedy byli razem, widziałam, że naprawdę ją kocha. Widziałam to w błękicie jego oczu. Tym anielskim błękicie. No. To teraz wiem, jaki kolor wybrać na ściany w mieszkaniu. Błękit.
Chwilę potem oprzytomniałam. Znów do moich uszu dobiegł gwar ludzi czekających w poczekalni, płacz małych, wystraszonych dzieci.
Christie zakryła uszy dłońmi. Starała odciąć się od tego płaczu. Od dzieci. Od każdej małej istoty. Tej narodzonej, i nie. Zapomnieć.
Stanął przed nami jakiś lekarz. Na początku żadne z nas Go nie zauważyło, nadal wpatrywaliśmy się w przestrzeń, jakiś punkt w niej zawieszony. Mężczyzna w białym kitlu położył swoją dłoń na moim ramieniu. Podskoczyłam do góry jak oparzona.
- Pani Mouse Shazzer?- zapytał miękkim, przyjemnym głosem lekarza.
- Tak. To ja.
- Nasza pacjentka, Rachel Annes, cały czas wymawiała pańskie imię i nazwisko.
- Och… Co z nią?- spytałam w końcu, mając dość tej głupiej gadaniny.
- Udało nam się zatrzymać krwotok. Póki co, jej stan jest stabilny.- poczułam niesamowitą ulgę. Mężczyzna jednak ciągnął dalej.- Niestety, jest też zła wiadomość. Proszę to przeczytać.
Podał mi duży, biały arkusz kart. Widziałam nazwisko: Rachel Annes, i wszystkie badania, ich nazwy, wyniki. Diagnoza…
Nie.

Mike.

Powoli wszedłem do domu. Światła były pozapalane, co oznaczało, że Brit jest w domu. Ściągnąłem kurtkę, i spuściłem mój nowy nabytek ze smyczy. Malutki jeszcze, czarny dog niemiecki wbiegł do salonu, radośnie witając się szczekaniem ze swoją panią. Wzięła go na ręce, i zaczęła głaskać. Jock zaczął wydawać radosne pomruki pełne przyjemności.
Postanowiłem to wszystko dzisiaj zakończyć. To nie było w porządku. Spotykałem się z kimś od dwóch tygodni, oszukując samego siebie.
Odwróciła się, i pomachała mi z uśmiechem na twarzy. Wiem, ile przeszkód musiała pokonać, aby się ze mną dzisiaj spotkać.
- Brit… musimy pogadać.- zacząłem, starając się przeprowadzić to bez kłótni i awantur.- Ja… my… kurwa.- zatrzymałem się na chwilę, próbując znaleźć odpowiednie słowa.- Nie chcę oszukiwać ani Ciebie, ani samego siebie. Nie mamy dla siebie czasu, zapominam o tobie. Poznałem kogoś, i ja… Jeśli chcesz, wyprowadzę się, wiem, stawiam Cię w takiej sytuacji i…
Usłyszałem jej cichy szloch. Bez słowa wyszła do sypialni. Z hukiem otwarła szafę, wysypując z niej swoje rzeczy.
20 minut później zbierała się do wyjścia.
- Nie Mike. To jest twój dom. Ja mam mieszkanie, poradzę sobie. Mam nadzieję, że nie wyrzucisz tego tak szybko z pamięci. Mam nadzieję

Bliżej…

śr ,12/05/2010

Po małym zastoju, nowa notka.
Kurczaki, ale mi się dobrze pisze no.
Kurwa no.

Głupio wpatrywałam się w bar. Ja nie chcę się z nikim wiązać. Pewnie, seksu by się trochę przydało. Ale ja po prostu nie potrafię zapomnieć. Nie wiem, czy będę potrafiła powiedzieć mu prawdę. Przecież tyle rzeczy się ostatnio wydarzyło. I to przede wszystkim same problemy.
A może wyjdę? Ucieknę? Nie, to nie jest dobre wyjście. Kurcze, dlaczego ta komórka nigdy nie dzwoni, kiedy przydałoby się? Gdyby to była któraś z dziewczyn, to zapytałabym co robić. Ale po co, gdzieżby. Pewnie siedzą sobie gdzieś razem, i piją wino. No dobra, ja też pije wino. ALE CO JA KURWA MAM ROBIĆ?!
Dzwoń komórko jebana. No dzwoń kurwo.
Spojrzałam na niego. Nadal czekał.
- Nie. Nie mam nikogo, ale ja po prostu…- zaczęłam się plątać. Jaki kit mu wcisnąć? Sprawa rozwodowa? Choroba weneryczna? Jaka kurwa znowu choroba?!
- Proooszę…- uśmiechnął się. A tam, pierdolić. Wzięłam jakąś kartkę leżącą na barze, i zapisałam na niej numer. Przecież to, że mu daje numer nic nie oznacza. Chyba. A jeśli coś oznacza?

Długo się zastanawiała. No, ale dzięki mojemu wrodzonemu urokowi osobistemu, dała mi ten numer. Szybko wsadziłem kartkę do kieszeni garnituru, i zacząłem normalnie rozmawiać. Gadaliśmy o muzyce, o pracy…
No, no, ładnie trafiłem. Słucha tylko Diany Krall, i Beatles’ów. No cóż, ja tam wole co innego, ale przynajmniej nie słucha Britney Spears, albo Avril Lavigne.
Cholera, jaką ona ma mocną głowę. Wypiła już prawie butelkę wina, i dalej nic. Cały czas uśmiecha się trochę nieprzytomnie, i śmieje się. To ze mnie, to z siebie.
Cholera. Komórka mi dzwoni.
- Wybacz na chwilę.- odszedłem od baru, w jakieś cichsze miejsce. Tam gdzie siedzieliśmy, cały czas dudniła muzyka.
Stanąłem pod męską ubikacją, i szybko odebrałem telefon.
- Czego?- spytałem starym zwyczajem.
- Tre’, gdzie ty jesteś?- usłyszałem głos Mike’a.
- A zdziwisz się, jeśli powiem że na randce?- położyłem nacisk na ostatnie słowo. A on nic. Tylko się zaśmiał. Kurde, przecież ja też mogę się umawiać z dziewczynami. Czy ja jestem jakiś inny czy co? No dobra. Nie było pytania.
- Dobra, dobra, ale my mieliśmy mieć próbę dzisiaj.- uderzyłem się dłonią w czoło. Na śmierć zapomniałem. No cóż, najwyżej odwiozę ją do domu, i pojadę do Armstrong’a.

Pod jego nieobecność wypiłam resztę wina. Dobra. Nie piję już więcej. Jestem pijana, i to cholernie pijana. Łof, dobrze że po mnie tego nie widać tak bardzo. Tylko ciekawe czy dojdę do drzwi po prostej linii.
Wracał już. Chyba to coś ważnego, bo już się tak nie uśmiechał. Usiadł na wysokim, barowym stołku, i głęboko odetchnął.
- Wiesz… Ja muszę lecieć. Mam próbę z chłopakami.- no to z seksu nici.
Zaczęliśmy się zbierać. Wzięłam swój płaszcz, i pośpiesznie nałożyłam go na siebie. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, w twarz uderzył mi powiew zimnego powietrza. Starym zwyczajem spojrzałam w niebo.
O Boże. Dawno nie było takie piękne. Mieniły się na nim miliony gwiazd, a na samym środku widniał wielki, okrągły księżyc. Gdzieś w górze z hukiem przeleciał samolot, migający kolorowymi światełkami.
Spadająca gwiazda nad San Francisco. Wypowiedz życzenie, wypowiedz je!
Żeby wszystko się ułożyło. I to szybko. Żeby przyszła jakaś wiadomość, chociaż jedna pozytywna wiadomość. Żeby ktoś mnie pokochał.
Żebym miała się z kim kochać.
Spojrzałam na Tre’, idącego obok mnie.
Hmm…

Przyglądała mi się. Odwróciłem głowę, i nasze oczy się spotkały. Jak na komendę odwróciliśmy głowy w inne strony. Ja patrzyłem na jakiś budynek, ona w szary chodnik. Przez chwilę zapanowała niezręczna cisza. Szybko napomniałem coś o San Francisco, i rozmowa wróciła na dawne tory. Gadaliśmy o naszych ulubionych miejscach.
- Widzisz to wzgórze w parku?- wskazała palcem na wielki park, i mały pagórek na nim. Na samej górze znajdowała się mała, rzeźbiona ławka.
- Widzę.
- To jest moje ulubione miejsce. Widać stamtąd całe San Francisco, i więcej. I niebo jest śliczne.- podniosłem jedną brew. Nie wiem czemu, ale przypominała mi taką małą, zagubioną dziewczynkę. Oczy jej błyszczały, twarz była rozpromieniona.
- Jak chcesz, możemy tam iść.- zaproponowałem. Nic nie odpowiedziała, tylko przebiegła przez ulicę, rzuciła się w stronę pagórka. Chwilę potem stała już na nim, wpatrując się w gwiazdy. Ty, rzeczywiście, ładnie tu.
Cholernie ładnie.

Opadłam na ławkę, i oparłam głowę o jej oparcie. Dawno nie było tak pięknie. O! Następna spadająca gwiazda!
Tre’ usiadł obok mnie. Teraz gadaliśmy o gwiazdach. I o tym co chcielibyśmy robić w przyszłości. On oczywiście ma zamiar nadal zajmować się muzykę. A kiedy zapytał co ze mną, nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć. Mam tyle marzeń… Odpowiedziałam więc, że jeszcze się nie zdecydowałam, tyle mam propozycji.
Nie zauważyłam, że znacznie się do mnie przysunął. Nadal wpatrywałam się w gwiazdy, i światła San Francisco.
Obróciłam się, żeby o czymś mu powiedzieć. Nawet nie za bardzo wiem o czym.
Jego usta były tak blisko…
Bliżej…

My generation!

pon ,03/05/2010

Kiedy nasze usta lekko się musnęły, zrozumiałam, że nie mogę tego zrobić. To wszystko dzieje się po prostu za szybko. Nie tędy droga.
Odwróciłam szybko głowę, i wstałam zabierając z zimnej ławki torebkę. Byłam trochę skołowana. Nie wiem, czy przez jego wyraz twarzy, czy przez całą butelkę wina. No i pewnie pomyśli że jestem…
” I chciała by, i boi się. I boi się chciała być”.
Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak mi się przypomniało. Długo wpatrywałam się w jego zamyśloną, jakby wybudzoną z letargu twarz, szukając odpowiednich słów. Nie chciałam Go spławić, ot tak. Chciałam mieć jeszcze jakąś szansę. Malutką, ale mieć.
- Ja… Postaram się to szybko powiedzieć, tak żeby się nie wywrócić przez to wino.- wypaliłam. Pijaczko głupia, ty.
- No słucham.- wsparł głowę na dłoniach, przyglądając mi się z wyraźnym rozbawieniem. No z czego rżysz chamie.
- Jestem pijana. Nie będę nic jutro pamiętać. Nie znam Cię prawie w ogóle. To…- i tak jesteś głupia, i nie zmienię o tobie zdania.- pa.
Odwróciłam się na pięcie, i ruszyłam przed siebie. Odwróciłam jeszcze raz głowę i spojrzałam na Tre’. Śmiał się.

Nie wiem czemu, ale strasznie mnie rozbawiła. Pomyślałem nawet, że jest słodka. Miała taki niezdecydowany wyraz twarzy, zagubiony… Ale cholera, już prawie miałem kogoś na serio. Cholera no.
Patrzyłem jak odchodzi. Zielone obcasy szpilek miarowo stukały o zimny chodnik. Ja nie mogę, jeszcze żadna dziewczyna się tak nie zachowała przy mnie. Zazwyczaj po prostu całowały, a potem do łóżka. A teraz? Coś mi się widzi, że sobie jeszcze poczekam troszki…
Pachniała czekoladą. O kurczaki, Tre’ odwala Ci. Kompletnie Ci odwala. Co z tego że pachniała czekoladą? No co?
Lubię czekoladę. Czekoladki w czerwonych płaszczach. Sztruksowych płaszczach.
Tyłek przymarzał mi już do parkowej ławki, więc powoli wstałem i ruszyłem w stronę samochodu. Tylko tak właściwie to gdzie on stał?
Po 15- to minutowych poszukiwaniach, wsiadłem w końcu do samochodu. Kiedy miałem już zamiar go odpalić, zadzwoniła komórka. Zacząłem grzebać po kieszeniach, a i tak jej nie znalazłem. Leżała na siedzeniu.
Kurwa, ja się nie dziwię, że mówią o tobie idiota.
- Czego?!- krzyknąłem do słuchawki. Nie słyszałem niczego prócz głośnej muzyki i czyjegoś śmiechu. Armstrong.
- Przyjeżdżaj kochanie, jest palenie i dziewczynki…- wykrzyczał do słuchawki.
- Ty masz żonę.
- Serio?!

Weszłam do mieszkania Rachel (kurde, dobrze że jej kluczy nie oddałam), i w przejściu rzuciłam na podłogę płaszcz. Weszłam po prostu do kuchni, nie zważając na jej zdziwioną minę, i wyciągnęłam z lodówki wodę. Niestety, mój stan spowodował, że zamiast do ust, trafiłam sobie butelką w oko. Zawyłam żałośnie, i usiadłam na wysokim, barowym krześle. To stała z trochę zniesmaczoną miną w drzwiach, i jadła marchewkę.
- Co, użalamy się nad sobą dzisiaj razem?- spytała. Tak. Miałam ochotę sobie popłakać, i po użalać się nad swoim niecnym losem.
Usiadła naprzeciw mnie, i spojrzała mi w oczy. Opowiedziałam jej całą historię. O tym jak byliśmy w barze, o ławeczce w parku, o tym “prawie” pocałunku. Ta uczciwie słuchała, chociaż widziałam, że oczy same jej się zamykały. Nie myśląc długo, po prostu wstałam, i skierowałam się do wyjścia. Teraz żałuję że poszłam.
Ulice były puste, a powietrze lodowate. Myślałam, że nic ciekawego już mi się nie przydarzy. Było około pierwszej nad ranem.
Z uciechą weszłam do swojego – bądź-co-bądź – dużego mieszkania. Strasznie raziła mnie ta biała przestrzeń, ale nie mogłam powiedzieć, że go nie lubię. No dobra, było obleśne. Ale miało to cholerne coś.

Wlazłem do domu Mike’a. Pierwsze co we mnie uderzyło to dym. I bynajmniej nie z papierosów. I w dodatku na pewno nie było to grono naszych znajomych…
Mike’a nie było. Albo był w kiblu, albo rzygał gdzieś po kątach. Raczej to drugie. Coś mi się widzi, że nawet ja nie wytrzymam tej imprezy.
Nie. Nie mogłem w to uwierzyć. No dobra, był zalany, ale co mnie to obchodzi. Na kolanach BJ’a siedziała jakaś dziwka. Zwykła kurwa. Ruszyłem w jego stronę.
Spojrzał na mnie dość tępawo, i przewrócił ostentacyjnie oczyma wskazując na dziewczynę. Wziąłem pannę pod rękę, i zrzuciłem z Billie’go. Coś tam krzyczała, ale nie zwracałam na nią uwagi. Przyjaciela chwyciłem za koszulę, i wyprowadziłem z głośnego pokoju.
- Co ty odpierdalasz?!- krzyknąłem mu w twarz.
- Nic. Bawię się.- wkurza mnie.
- Ty masz żonę, człowieku!- puknąłem go w czoło. Spojrzał na mnie, i zjechał po ścianie w dół.
Szkoda gadać.

Upadłam na moją lekko zakurzoną kanapę. Powoli zaczynałam zasypiać, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Za nimi stała zakapturzona postać w zielonej, wojskowej pelerynie. Nie mogłam zrozumieć, co wojskowy robi u mnie w domu. No, przed domem. Przed mieszkaniem. Drzwiami. Czy czymś takim.
- Kim pan jest?- spytałam rozespanym głosem.
- Czołem siostro!- z kaptura wysunęła się blond włosa głowa Shirley’a. Tak. To mój brat. Uścisnął mnie, i w tym uścisku przeniósł mnie do salonu. Wprost zanosiłam się od śmiechu.
Zrzucił z siebie pelerynę. W pierwszej chwili mnie zatkało. Nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Przypomniał mi się Cast, mój drugi brat. Nie mogłam pozwolić Shirley’owi, żeby podzielił jego los.
- Dlaczego?