Tired
wt ,27/04/2010Wpatrywał się we mnie tępo, jakby nie rozumiał o co mi chodzi. Czyżby już wszystko zapomniał? Ten telefon, nadzieja, ciągłe oczekiwanie… Nie wierzyłam. Ale ja mu nie pozwolę. Nie mogę mu pozwolić.
Miał na sobie mundur żołnierza armii U.S.A. Na prawym ramieniu widziałam naszą flagę. Na jego twarzy malowała się duma.
I z czego się cieszysz…
- Co ty zrobiłeś?- szepnęłam. W oczach zbierały mi się łzy. Nie rozpłacz się idiotko, nie rób tego!
- Robię to dla Cast’a. Dla naszego brata.
- I tak samo chcesz żeby jakaś pieprzona bomba rozerwała Cię na kawałki?! Ja nie mogę nawet złożyć kwiatów na grobie mojego brata! NASZEGO brata.- z kącików oczu pociekły mi łzy. Nie czułam już nic.
Zapadła cisza. W tej ciszy słyszałam moje ciało. Żyło. Ale ja, czułam się, jakby to mnie rozerwała ta bomba. Nie miałam już do tego wszystkiego serca.
- Wynoś się. Nie słyszysz?! Wynoś się!- krzyknęłam mu w twarz. Szybko wypchnęłam Go z mieszkania, trzaskając przy tym drzwiami tak, że rozbolało mnie ramię. Słyszałam, jak mnie przepraszał, i prosił żebym wpuściła Go do środka. Zjechałam po drzwiach w dół, i zaczęłam ryczeć.
Jedynym ratunkiem była whisky.
Obróciłem się, i jeszcze raz spojrzałem na Armstrong’a. Próbował odpalić papierosa, ale nie mógł zapalić zapalniczki. Wkurzony, uderzył nią o ścianę, a ona sama z hukiem roztrzaskała się. Schował twarz w dłoniach, i zaczął płakać. Jak małe dziecko. Wiedziałem jak drgały mu plecy, i trzęsły się dłonie. Nie mogłem Go tak zostawić.
Podbiegłem do niego, i pomogłem mu wstać. Wyglądał żałośnie. Rozmazany makijaż, rozczochrane włosy, i rozwiązany krawat.
- Chodź cioto chodząca. Jedziesz ze mną.- nic nie odpowiedział, tylko głupkowato się uśmiechnął, i powlókł się o własnych siłach (no, prawie własnych) za mną do samochodu.
Chuchał na zimną szybę, rysował jakieś wzorki, i nawet był w stanie coś napisać. Zawsze jak był wkurzony, przygnębiony, albo po prostu mu się nudziło, robił właśnie coś takiego. Nie wiedziałem co mu powiedzieć. Chciałem zapytać, dlaczego odpierdala takie komedie. Ma żonę, dwójkę dzieciaków.
- Co z tobą hę?- spytałem. Podniósł głowę, i uśmiechnął się.
- Nie mam najmniejszego pojęcia kochanie.
I na tym skończyła się nasza rozmowa.
Ta szyba chyba bardzo Go zainteresowała.
Nie wiem jak długo piłam. Albo raczej: jak dużo wypiłam. Chyba dobrą butelkę, bo głowa bolała mnie niemiłosiernie. Nawet kefir nie pomagał. Mogłam się pocieszyć jedynie tym, że jest piątek i wystawy nie ma.
Spojrzałam na zegarek: 2 p.m. No to sobie pospałam. Ubrałam się w ciemne jeansy, zielony podkoszulek, i na to zarzuciłam mój czerwony płaszcz. Na nogach wylądowały ciemne, bordowe szpilki.
Po 15 minutach wróciłam z ciepłą kawą ze Starbuck’a. Dwa budynki dalej, a mój ekspres do kawy mnie nie lubi.
Włożyłam głowę do lodówki, w poszukiwaniu czegoś zdatnego do jedzenia. Musztarda, dwa liście sałaty i Nutella. Zachciało mi się rzygać. Jakoś się powstrzymałam.
Z powrotem ubrałam płaszcz, uczesałam się, i pomalowałam. Idę do Kitty’s. Przynajmniej Mouse się ucieszy. Że żyję.
Jakoś udało mi się dobudzić Billie’go. Nie myśląc długo, pojechaliśmy na miasto, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Kiedy jechaliśmy główną drogą, miałem wrażenie że widzę Christie. Nie, musiało mi się wydawać. Musiało.
BJ nie wyglądał lepiej niż wczoraj. Dalej był jakiś nie przytomny. Miałem wrażenie, że coś ukrywa. Wczoraj nic się nie dowiedziałem, ponieważ od razu zasnął.
- Coś ukrywasz.- zacząłem. Spojrzał na mnie unosząc jedną brew.
- Muszę mówić?
- A kopa chcesz?- zapytałem. Początkowo milczał, tak jakby szukał odpowiednich słów.
- Moja rodzina mnie nienawidzi.- nie wiedziałem co powiedzieć. Czułam się tak, jakby mój głos gdzieś wyparował. Patrzył na mnie, wyczekiwał odpowiedzi.
A ja nie potrafiłem odpowiedzieć.
Siedziałam w Kitty’s, sącząc kolejną margeritę. Obok mnie Rachel. Była załamana. Po raz pierwszy w życiu rzucił ją chłopak. Zawsze to ona wyciągała ostatnią kartę. Ona zawsze mówiła „koniec”. Ja nie wiedziałam co to znaczy. Bo moja historia jako-takiego końca nie miała. I chyba zakończyć się nie ma zamiaru.
Żaliłyśmy się. Mouse, że ten bar jest beznadziejny, i nie chce tu pracować. Rachel, że chłopak ją zostawił. A ja? Ja już nie mam nikogo. No, nie licząc Tre’. Ale kim on dla mnie jest? Kolegą? Przyjacielem? Chłopakiem…?
Tak myślałam o nim, kiedy wszedł do Kitty’s razem z Armstrong’iem. Rachel spojrzała na niego podnosząc jedną brew, i poprawiając bluzkę. „ Nawet o tym nie myśl”.
Szybko się do nas przyłączyli. Ja i Tre’ wymieniliśmy znaczące spojrzenia. A Rachel? Była w siódmym niebie. Cały czas rozmawiała z Billie’m. Cały czas na nią patrzył. Ale nie jak na kogoś znajomego, kogoś, kogo poznałeś przed chwilą.
Billie, opanuj się. Masz żonę. Nie mogłem mu tego powiedzieć, ale miałem nadzieję że sobie przypomni. Widziałem jak dotknął jej dłoni. Spoglądał na dekolt jej bluzki. Oboje tego chcieli.
Coś szepnęła do jego ucha.
Wyszli.
Jestem zboczona, i tak już pozostanie.
