Długo wyczekiwana…
nie ,21/02/2010Długo wyczekiwana…
… pierwsza część opowiadania. I tu zaskok.
Nie będzie tym razem o Green Day. Nadal są oni moim ulubionym zespołem, ale potrzebuję jakiejś odmiany. Trzy opowiadania o Green Day. Za dużo.
Dlatego też to opowiadanie, będzie o… (chwila oczekiwania) My Chemical Romance.
Pierwszą część opowiadania dedykuję Domie, która w pewnym sensie jest współautorką tego opowiadania.
“If you ever felt… ALONE.”
Safety (w tej roli Doma xD) przekręciła klucz w zamku. Wzięła głęboki oddech, i pchnęła drzwi. Im oczom ukazał się cudownie… okropny obraz. Farba odchodząca ze ścian, walające się po podłodze butelki.
- Nie żyjesz.- powiedziała Sapphire (to ja xD). Pomogła przyjaciółce wnieść walizki, i będąc w środku, opadła na jedną z nich.
Safety, dosyć wysoka dziewczyna o sięgających prawie do pasa brązowych dredach. Powód do dumy, czy wstydu? Twarz zdobiły oszałamiające piwne oczy. Londyn.
Sapphire, niższa dziewczyna o postrzępionym i wiecznie rozczochranych blond włosach, i szaro-niebieskich oczach, w czarnej obwódce. Na nosie znajdowały się okulary w grubych szkłach. Nowy Jork.
Dziewczyny rozglądały się po swoim “apartamencie”.
- Mówiłam żebyś sprawdziła stan, ale tobie się nie chciało.- warknęła Saph. Saffy podeszła do niej i objęła ją ramieniem.
- Przecież masz mnie.- obydwie wybuchnęły śmiechem.
Jak się tu znalazły? Uciekły. Dom dziecka, gwałty, molestowania… Nie miały sumień, nie miały dusz. Tylko nowe otoczenie, życie, mogły im pomóc.
Stały obok siebie myjąc zęby. Próbowały zachować powagę. Nagle wybuchnęły niepochamowanym śmiechem, powodując, że całe lustro pokryte było białymi plamkami pasty do zębów. Safety rzuciła się na prysznic, i zaczęła oblewać śmiejącą się Saph. To jest życie.
***
Dziewczyny stanęły przed lustrem. Obydwie w szaro-niebieskich spódniczkach, białych koszulach i krawatach. Mundurki.
- Wyglądam jak ciota w tych okularach.- powiedziała Sapphire. Saffy pokręciła głową.
- Tobe zawsze jest źle. Wyluzuj się. Może poznasz kogoś fajnego… FAJNEGO- podkreśliła Safety- nie FAJNĄ.
Dziarskim krokiem, z naręczami książek w rękach, ruszyły w stronę swojego nowego liceum. Przed nimi pojawiły się wysokie schody.
Wkrótce postawiły pierwsze kroki w nowej szkole. Wszyscy na nie spoglądali. Dziewczyny w strojach cheerleaderek, faceci z kaskami football’owymi.
- Hej wieloryby!- krzyknęła jedna z dziewczyn. Saph i Saffy, spuściły głowy, i ruszyły przed siebie. Nie potrafiły się odgryźć. Bały się.
Usłyszały więcej takich słów. Uparcie jednak parły przed siebie. Niespodziewanie, na Saffy wpadł chłopak o burzy blond włosów. Spojrzał na nią i ruszył przed siebie. Posypały się za nim chamskie teksty.
- Przynajmniej nie jesteśmy jedyne.- szepnęła Sapphire.
Lekcje. Nie było tak źle. Dziewczyny przedstawiono, tym razem bez obelg i wyzwisk. Fizyka, chemia, angielski… Przerwa.
- Stołówka gdzie jest, bo zdechne!- krzyknęła Safety. Pobiegły w dół po schodach, co chwila potrącając ludzie. Szybko znalazły się w dużej sali pełnej uczniów. Podeszły do lady. Odechciało im się jeść.
- Ee… może jednak… coś… bardziej kalorycznego?- spytała Saph wskazując na półkę pełną batonów [aaa Doma xD!]. Przed nimi stał chłopak o ciemnych włosach i piwnych oczach. Cały czas grzebał w kieszeniach.
- Cholera… nie mam kasy.- powiedział do siebie. Dopiero teraz dostrzegły jak bardzo był blady. Dziewczyny spojrzały po sobie.
- Ile Ci brakuje?- spytała nagle Saff. Przyjaciółka z trudem powstrzymywała śmiech. Wyciągnęła w kierunku chłopaka rękę z paroma monetami. Odpowiedział “dzięki” i kupił batona.
- Odechciało mi się jeść.- powiedziała Sapphire. Szybko wybiegły ze śmiechem, nie zważając już na wzrok innych.
***
Chciałoby się powiedzieć… a miało być tak pięknie. Miało.
Dziewczyny chwilę potem ruszyły ku wyjściu. Wydawało się, że na korytarzu nikogo nie ma. Nagle, obie poczuły jak ktoś szarpie je za włosy.
- Witamy.
